poniedziałek, 24 grudnia 2018

33 Argentyna El Calafate (Glaciar Perito Moreno), El Chalten (Fitz Roy, Cerro Torre), Trelew (prowincja Chubut) - runda druga ;)!


Argentyna: El Calafate (Glaciar Perito Moreno), El Chalten (Fitz Roy, Cerro Torre), Trelew (prowincja Chubut) - runda druga ;)!

02.04.2008 (śr.)
Puerto Natales (po zrobieniu pętli 7 dni w Parku Narodowym Torres del Paine). Hostel przy kempingu dormitorium 5.000 => 4.000 => 3.500 peso ch. / os., bez śniadania
Ok. godziny 13 zebraliśmy się z hostelu (serdecznie polecamy, zaraz obok kempingu; 2.500 => 2.000 CLP/os.) i o 14 stanęliśmy na drodze do Rio Turbio, gdzie znajduje się granica chilijsko-argentyńska (Paso Dorothea). Coś niestety kiepsko nam szlo tego dnia łapanie stopa. W ciągu pierwszych czterech godzin udało nam się posunąć zaledwie o 30 km (ale w tym przekroczyliśmy dwie granice)! Starczyło na dostanie się do Rio Turbio. Tam, gdy już zaczynaliśmy wątpić, czy tego dnia dojedziemy do El Calafate, szczęście się do nas uśmiechnęło! Zatrzymał się samochód, który zawiózł nas wprost do celu - El Calafate. Znaleźliśmy camping (ciepła woda, brak osłoniętej budki, ale są śliweczki za darmo ;)) i po krótkich negocjacjach ceny stanęło na 10 peso za osobę (z 12 ARS/os.) - przy hostel Jorgito :). Kemping miejski był już zamknięty (początek kwietnia).

Argentina. El Calafate. Glaciar Perito Moreno

03.04.2008 (czw.)
El Calafate. Camping Jorgito (12=>10 ARS/os.). [Perito Moreno]

Mieliśmy plan, aby dotrzeć tego dnia do Parku Narodowego Los Glaciares, gdzie ogląda się lodowiec Perito Moreno. Po raz kolejny nie spieszyło nam się ze wczesnym wstawaniem. Przy śniadanku porozmawialiśmy bardzo milo z poznana Polka (pozdrowienia dla Magdy!), dowiadując się rożnych nowych ciekawostek :)! Chcieliśmy dojechać do Los Glaciares do wieczora, spędzić tam noc na jakim campingu, a rano zachwycić się z bliska tym gigantycznym lodem. Mieliśmy zamiar zachwycić się naprawdę baaardzo rano. Wskazówka zasłyszana od Francuza w Puerto Natales: do 7 i po 21 można wejść za darmo do parku (inaczej trzeba płacić 40 ARS, co jest równe 28 PLN).
Spakowaliśmy namiot, śpiwory, kilka podstawowych rzeczy i ruszyliśmy łapać stopa. Oficjalny transport to 60 ARS/os. w dwie strony (limitowany czas pobytu). Zatrzymała się bardzo mila trojka ludzi (Ugne - Litwa, Martin - Hiszpania i jego mama - Arg.)
i razem z nimi pojechaliśmy do parku. Pogoda była deszczowa i wietrzna, a do tego zimno, dlatego zaniechaliśmy nocowania w parku. W okolicach słynnego Perito Moreno spędziliśmy ok. 4 godzin, mimo niepogody (deszcz, wiatr i zimno). Jest to lodowiec cały czas pracujący, słychać co jakiś czas coś niczym grzmotnięcia i zobaczyć można jak do wody wpadają odłamujące się od ścian wielkie kawały lodu. Perito ma ok. 55-60 metrów wysokości i rzeka lodu ciągnie się 14 km. Dziennie przyrasta ok 20cm. Kiedy dobija do brzegu, nie mogąc dalej przyrastać, przybrzeżny jego fragment, pęka. Ostatni raz zdarzyło się to w 2006 roku i teraz oczekuje się tego zdarzenia ponownie. Milo było stać w odległości ok. 50 metrów od takiego kolosa!
Zaskakujące było to, ze lodowiec naprawdę jest niebieski! Jak na złość w ta mroźną pogodę popsuło się ogrzewanie w aucie (6,5 stopnia), a na kempingu brrr… Wieczorem wróciliśmy na camping, aby dnia następnego ruszyć do El Chalten.

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaElCalafateGlaciarPeritoMoreno#

04.04.2008 (pt.)
El Calafate. Camping Jorgito (12=>10 ARS/os.)

El Chalten znajduje się o 220 km na północ od El Calafate i znana jest jako narodowa stolica trekingu. Autobusy są tam drogie (60-70 ARS w jedna stronę). Mały ruch. Z El Chalten bardzo drogo droga krajowa nr 40 dostać się na północ (do Bariloche ok. 270-300 ARS). Część drogi to tylko żwir i brak asfaltu. Stopa udało nam się złapać po ok. dwugodzinnym czekaniu z punktu kontrolnego policji. Śmieciarka się zatrzymała (!) i kierowca zabrał nas tam gdzie zmierzaliśmy jechać, bagaże wrzucając na pakę ;)! Jadąc do El Chalten już z daleka można podziwiać przecudowny masyw górski Parku Narodowego Los Glaciares, zawierający takie szczyty jak Cerro Torre czy Fitz Roy. Widoczność była bardzo dobra, dlatego przez ostatnia godzinę jazdy chłonęliśmy widoki. Miasteczko położone jest w dolinie górskiej. Jest maleńkie i dopiero co powstaje (liczy sobie zaledwie 25 lat?!). Jak słusznie zauważono wygląda jak jeden wielki plac budowy. Buduje się tutaj sklepy, pocztę, hotele, pensjonaty, drogi. Czasem stoi już szyld hostelu, za którym jednak dzielni robotnicy remontują jakaś ruderę ;)! Nie można jednak zaprzeczyć, ze położenie El Chalten jest cudowne. Ponieważ było zimno bardzo zdecydowałam, ze idę do hostelu. Ceny wahały się od 30-40 peso za noc (21-28 PLN) w cztero- i więcej osobowym pokoju. Ze zniżką Hosteling International (HI) zapłaciłam za noc 27 peso = 20 PLN (hostel nazywa się Condor de los Andes i polecam bardzo). Michał twardo został na darmowym campingu. W El Chalten są takie dwa, jeden przy wjeździe do miasta, a drugi przy wyjeździe.

Argentina. El Chalten

05.04.2008 (sob.)
El Chalten. Hostel Condor de los Andes / Darmowy kemping Confluencia

Pogoda ładna. Zrobiliśmy sobie krótkie treki w okolicy, planując następnego dnia zapakować się w małe plecaki i zrobić dwudniowy trek z noclegiem. Wieczór spędziliśmy w hostelu ciepło, milo i przyjemnie. Znów spotykamy Łukasza&Asie i pospołu obalamy Pina Colade (8 ARS)! Po wyjściu z hostelu w drodze do namiotu okazuje się, ze pada śnieg (ups!)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaElChalten#

06.04.2008 (niedz.)
El Chalten. Hostel Condor de los Andes / Darmowy kemping Confluencia

Deszcz, wiatr i zimno :(. Z planów nici. Spora cześć dnia przesiedzieliśmy w hostelu, podobnie jak reszta jego mieszkańców. Odwiedziliśmy Centrum Informacyjne o Parku (codziennie 9-17), które serdecznie polecam. Dużo ciekawej ekspozycji (historia zdobywania Fitz Roy i Cerro Torre, dużo o faunie i florze oraz wspinaczce ogólnie), o 15.00 wyświetlane są filmy o tematyce regionalnej, bardzo mila obsługa (zgodzili się puszczać dla nas filmy poza kolejnością ;)). Zdecydowaliśmy, ze jeżeli pogoda się nie polepszy, to w poniedziałek opuszczamy ta nieprzyjazna nam krainę i docelowo kierujemy się do Bariloche, ale droga narodowa nr 3 (więcej aut i szybciej). Jako tło tej zlej pogody dodam, ze tylko 300 dni w roku szczyty nie są zasłonięte chmurami, a my nie wiedzieliśmy które 300-dni się zaczęło ;)…
Takie niespodziewane przerwy maja następującą zaletę, ze często w podroży nie ma czasu na rożne sprawy i odkłada się na później, a tego “później” nigdy nie ma. Akurat wtedy znalazł się czas, by poczytać, pouczyć się hiszpana, pogotować - czyli tak czy owak - bomba ;)!
Kłamią, ze w Zaffarancho są filmy angielskojęzyczne codziennie o 22.30 - bullshit!
A ze wskazóweczek, to maja niezły burdel w Rancho Grande, wiec prysznic zaprasza ;)!
Nawet jest kościół w El Chalten, tylko padre jeszcze nie wyświęcili ;)!

07.04.2008 (pon.)
El Chalten. Darmowy kemping Confluencia

Pogoda bez zmian. Nie tym razem dla nas narodowa stolica trekingu. Rano tak zwana akcja błysk łapania śmieciarki ;)! Wiedzieliśmy, ze wyjedzą ok. 9 z El Chalten. Spakowaliśmy się w miarę możliwości szybko i kiedy Michał kończył składanie namiotu, ja czatowałam na drodze na naszego pana ze śmieciami. Przyjechał!!! Tym razem jednak był pełen śmieci, które przytrzymywała siatka (El Chalten leży w obrębie Parku Narodowego. Cale śmieci wywozi się do El Calafate). To nic! Przyczepiliśmy do niej jakoś prowizorycznie plecaki i jazda :)! Pogoda niestety kiepska. Wysiedliśmy na rozwidleniu dróg, chcąc łapać stopa w kierunku Rio Gallegos (stamtąd bowiem najłatwiej jest łapać dalej na północ - do słońca i ciepła!). Deszcz, wiatr i szczere pole. Przypomniały nam się wtedy słowa Juliana z Trelew ¨cokolwiek będzie się działo, cieszcie się tym, ze podróżujecie¨. Pomogło :)! Po godzinie czekania, tetanio przemoknięci i zziębnięci, zdecydowaliśmy się złapać stopa do El Calafate i stamtąd wziąć autobus do Guer Aike (ok. 20 km przed Rio Gallegos). Tak tez zrobiliśmy. Jak przyjemnie było usiąść w ciepłym autobusie (40 ARS, o 5.30 za 30 ARS. Maja dziwny zwyczaj proszenia o paszporty przy kupowaniu biletu autobusowego wewnątrz kraju…), wywiesić mokre rzeczy na grzejnik, popijać darmowa słodziusieńki i oglądać film z Willem Smithem (I am legend) :)! Się docenia ;)! Do Guer Aike dotarliśmy przed 19. Zapytany przez nas pan kierowca (”Frodo”) zgodził się zabrać nas swoja ciężarówka do oddalonego o 330 km Puerto San Julian. Tam za stacja benzynowa postawiliśmy nasz domek (ogólnie bardzo polecamy ta stacje usługową - prysznic 3 ARS, Internet 2 ARS za 15 min., wrzątek 0.50 ARS ;)).
W pon., śr. i pt. o 5.30 rano jeździ busik do Piedra Buena (90 ARS/os., 360 km).
Autobus TAQSA jeździ o 00.15 w nocy do Perito Moreno (110 ARS), Los Antiguos (120 ARS), Esquel (230 ARS), El Bolson (255 ARS), Bariloche (270 ARS).
ChaltenTravel jest droższy (Bariloche - 300 ARS).

08.04.2008 (wt.)
Trelew. Julian

Rano skoro świt (a nawet jeszcze przed - tutaj słońce wstaje ok. 8.00, wiec nie trzeba zarywać nocy, by sobie go obaczyć ;)!), wstaliśmy, spakowaliśmy co nasze, posililiśmy się i ok. 8 rano udało nam się złapać ciężarówkę do Comodoro Rivadavia (400 km na północ od Puerto San Julian). Tutaj wiele miejscowości zwie się np. gubernator, komodor, komendant itd. Bardzo sympatyczny pan kierowca (”Bilbo”) zabrał nas jednak aż do samego Trelew, 800 km!! Przyznać trzeba, ze mnie już nosiło po 13 godzinach w ciężarowce, cały dzień prawie na krakersach ;)! Na “trojce” miasta są paskudne. Głównie związane z przemysłem naftowym (wiedzieliście, że Argentyna ma ropę?!) i gazowym. Wciąż pustynia, tylko przed Caleta Olivia pojawia się morze. Tam zrobiliśmy sobie spacerek w czasie odpływu po dnie morza! W Trelew lądujemy ok.19 - temperatura w okolicach 20 stopni! A tutaj Julian, u którego gościliśmy dokładnie miesiąc wcześniej zgodził się nas przyjąć i tym razem! Muchas Gracias!

09.04.2008 (śr.)
Julian. Trelew

Nadrabiamy zaległości wirtualne. Zapraszamy do galerii (RAW jeszcze do obróbki - najlepsze na koniec, byście się skusili na pokaz jakowyś po przyjeździe, a nie, ze już wszystko widziałem na sieci ;))!
Wcinamy pyszna kolacyjkę z Julianem (tuńczyk + pomidorki = pycha połączenie)!

10.04.2008 (czw.)
Julian. Trelew
Robimy sobie kolejny dzień odpoczynku, czytanie i cieszenia się dachem na głową oraz ciepłem (ale nie aż tak, jak byśmy chcieli)! Po miesiącu znowu wylądowaliśmy w Trelew. Ale po kolei :)!

32 Chile Torres del Paine - treking


Chile: Torres del Paine - treking

24.03.2008 (pon.)
Rio Gallegos

Poniedziałek Wielkanocny.
Pierwszy raz spędzam na obczyźnie Święta Wielkiej Nocy i jest to bardzo ciekawe doświadczenie. W porównaniu z Polska, wiele więcej odczuwa się Święta przez udział w nabożeństwach, których tutaj tez nie zabrakło, ale w Polsce wszystko odbywa się w większą “para”!
Przygotowaliśmy super śniadanie wielkanocne oraz obiadek (no cóż, tak to jest, ze jedzonko tez jest nieodzownym elementem Świąt) ;)!
Cały dzień zleciał nam bardzo szybko na przygotowywaniu się do wyjazdu, luksusowym moczeniu nóżek, doglądaniu prania i innych prozaicznych czynnościach.
Wieczorem jednak zaskoczyło nas, ze około 20 osób, które brały udział w Via Crucis chciało się z nami pożegnać! Wszyscy przyszli do obispado i zjedliśmy kolacje (pizze), nieco pośpiewaliśmy (nauczyliśmy się nowej piosnki mego wpadającej w ucho “en el medio de la noche…”) i było bardzo ciepło i simpatico! A zaraz za oknem rozbrzmiewał koncert metalowy!

25.03.2008 (wt.)
Rio Gallegos

Tak naprawdę w Rio Gallegos nie ma nic ciekawego do oglądania…
Dziś wyruszamy stad wreszcie do Puerto Natales w Chile!
Udajemy się na dworzec autobusów i czekamy na autobus do Gyer Aike (ok. 20 km za Rio Gallegos). Nie ma ceny u przewoźnika na to miejsce, bo to tylko posterunek policji, ale proponują nam, byśmy się dogadali z kierowca. Po ustaleniach, ze jedziemy tam za 4 peso / os. ładujemy się do autobusu i w mig jesteśmy w Gyer Aike. Kilkakrotnie próbuję płacić kierowcy za nasz transport, a on wciąż, ze “despues” (później). Okazuje się, ze przy wysiadce wcale nie chce od nas pieniążków i życzy nam szczęśliwej podróży!
Drałujemy ok. 45 min. mało uczęszczana droga, na której odbywają się akurat jakieś roboty i generalnie to nic nie jeździ… W końcu coś się zatrzymuje, ale jedzie tylko kilka km dalej, a zaś nas informują, ze tu to w ogóle kiepsko jeżdżą i trzeba iść na inna drogę. Co robić… drałujemy z powrotem :)!
Znów posterunek policji, gdzie usłużny policjant sam pyta ludzi, czy nas nie zabiorą! Miluuusio!
Przyjeżdża w końcu o 11.00 autobus liniowy do Puerto Natales i płacąc 30 peso / os. podążamy do miejsca docelowego. Granice jak zwykle oddalone od siebie a na dodatek do Chile nie można wwozić jedzenia (świeżych produktów jak owoców czy mięsa). A my ze sobą mamy ryże, fasole, ser itd. W rezultacie kasują nam cebulkę i chcą porwać salami!!! Ale zjadamy je szybko na miejscu
17.00. W PUERTO NATALES akcja bankomat (jesteśmy bez chilijskich środków fin.) oraz palnik. Butle 450 gramów wozimy już ze sobą od Buenos, ale okazało się, ze palnik nie działa (wieziony aż z Polski!). W Rio Gallegos każdy mówił, ze do wyrzucenia, a tutaj proszę! Niespodzianka! Wystarczy włożyć kawałek materiału w pokrętło i palnik jak nowy (za 1.500 peso chilijskich, czyli równowartość kleju kropelka)!
Przy tej okazji polecam sklep, gdzie tak mili ludzie nam naprawili palnik: Alex Aguilar, Bulnes 495 - Prat No 297!
CONAF zmienił swoja siedzibę. Nie jest już na O’Higgins 584. Jest tam teraz hostel Yagan. Pytajcie, gdzie jest siedziba CONAFu.
W Puerto Natales decydujemy się na kemping, bo jest już późno (2.500 na 2.000 peso ch. / os.).

Chile. Torres del Paine

26.03.2008 (śr.)
Puerto Natales. Kemping (fajny, jest toaleta, łazienka, można korzystać z wnętrza, restauracja i hostel)

Raniutko o 7.30 wyrusza autobus do Torres del Paine - ponoć najlepszego parku narodowego w całej Ameryce Południowej!
Kupujemy bilety na autobus w dwie strony (10.000 na 8.000 peso / os.) i po godzinnym krążeniu po mieście (autobus podjeżdża pod miejsca noclegowe, jeśli się wcześniej zaanonsuje, ze chce się być odebranym) około 11.00 docieramy do parku. wstęp kosztuje 15.000 peso ch. (około 75 PLN).
Postanawiamy wysiąść w Lago Amarga i zrobić “W”, co ma nam zająć około 5 dni.
Uwaga: na kempingach są myszy i przegryzają namioty. Należy wieszać jedzenie na sznurku w bezpiecznej odległości od ziemi, ścian i wszystkim innym po czym gryzoń ewentualnie mógłby się wdrapać. nie trzymać go w namiocie!
W niektórych miejscach można kupić produkty do jedzenia, oczywiście nieco drożnej, ale bez tragedii. Wiadomo zapas trzeba wziąć z Puerto Natales. Wchodzi w grę opcja tylko namiotowa, bo noclegi są strasznie drogi i gotowe jedzenie tez.
Najlepszy czas to przełom marca i kwietnia: mało ludzi, ceny niższe, pogoda nam dopisała, część kempingów jest już zamknięta = nie trzeba za nie płacić (3.500 peso ch. / os.)
Weźcie mało rzeczy. Naprawdę mało :)!
Na bezczela można się wykąpać w niektórych hostelach (polecam Pahoe);)!
Miedzy Dicksonem a Seron jest wiele miejsc, gdzie można się rozbić, jak Guardaparque nie zauważą!
Bierzemy busik za 1.000 peso ch. do Hosteria Las Torres. Tam spotykamy drugich Polaków w czasie naszej prawie dwumiesięcznej wyprawy: Łukasza i Asie - wyjadaczy: podróżują już 15 miesięcy!!
Udajemy się do Campamento Torres (Chileno zamknięte) w wchodzimy na mirador (punkt widokowy), gdzie podziwiamy Torres del Paine (Wieże Torres) - największa atrakcja parku! Trzy pionowe (z daleka wyglądające jak gładkie) góry, wznoszące się nad małym jeziorkiem. Atrakcja jest obserwowanie wschodu słońca zza wież. My jednak się na to nie decydujemy. Na kempingu spotykamy Chilijczyka, który mówi po polsku, bo grał w rugby w Szczecinie!

27.03.2008 (czw.) - 01.04.2008 (wt.)
Torres del Paine

Ach! Co Wam będę pisał jakie trasy w ile czasu przeszliśmy! Park jest piękny! W skrócie: mieliśmy zrobić tylko “W” (5 dni), ale obeszliśmy cały parku (około 120 km) w 7 dni! Jest to połączenie wszystkich gór jakie do tej pory znam, z dodatkiem lodowców! Widoki są cudowne! Noclegi mega klimatyczne! Ludzie spotkani przesympatyczni! Czasem trochę się trzeba wysilić, ale dobrze planując jest w stanie się ze spokojem przejść całość! Mnóstwo zwierząt: paskudne myszy, co przegryzają namioty, kondory, jakieś orły czy sokoły, lisy co kradną buty (nie zostawiać przed namiotem!), sowy! Dzicz, natura, spokój, majestat gór! Widoki są powalające: na przykład wiatr podwiewający wodę, co wygląda, jakby się Nazgule budziły do łowów, panoramy 360 stopni na góry, lodowce niebieściutkie (a z nazwy szare - Grey), ptaszyska ogromne szukające jedzenia zaraz przy namiotach, możliwość wspinaczki po lodowcu (za 75.000 / 90.000 peso ch.). Największym prezentem jednak była dla nas pogoda - ani razu nie zmokliśmy mocno, a 2 dni mieliśmy pełnię lata! Koniec lodowca Grey wygląda jak siedziba Królowej Śniegu! Super klimatyczne jest schronisko Dickson - na rozleglej polanie , a na dzień dobry rozbrzmiewał mój ulubiony Gentleman!
Na sam koniec kolejna niespodzianka: załapaliśmy się na autobus wycieczkowy do Administracion i mieliśmy 3h objazdówki po Parku na do widzenia! Tak właśnie zładowaliśmy w zasłużonych luksusach hostelowych 5.000 na 3.500 peso ch. bez śniadania w Puerto Natales…
Spaliśmy w:
Campamento Torres (toalety, strumyk, wiata, małe zakupy tez możliwe do zrobienia, nie wieje
2x Italiano (toalety, umywalka, wiata, guardaparque, strumyk, nie wieje, ale myyyyszy)
Los Guardias (dziura w ziemi jako toaleta, dzicz totalna, piękny mirador na Glaciar Grey)
Los Perros (toalety, prysznice, wiata z ¨koza¨, schronisko)
Coiron (…trawa, drzewa)
Pozdrawiamy serdecznie! Dziękujemy za życzenia świąteczne i inne oznaki pamięci! Całujemy!

02.04.2008 (śr.)
Puerto Natales. Chile

Zmierzamy w kierunku El Calafate, Argentyna, by zobaczyć lodowiec Perito Moreno!
Niby to tylko nieco więcej niż tydzień od ostatniego wpisu, a wydarzyło się całkiem sporo i przeżyć ogrom!

Argentyna: Rio Gallegos - Wielkanoc, Via Crucis


Argentyna: Rio Gallegos - Wielkanoc, Via Crucis

18.03.2008 (wt.)
Rio Gallegos

Do obispado dotarliśmy ok. 12. Pokoik nasz cieplutki aż milo, w obispado mamy do dyspozycji kuchnie i znowu powiem: czego chcieć więcej??? Dzień wolny, chodzenie po mieście, zakupy itp. Ustaliliśmy z Lucio, ze w colegio musimy stawić się na cały dzień w czwartek i piątek, a w środę tylko wieczorna próba.

19.03.2008 (śr.)
Rio Gallegos

Kolejny spokojny dzień. Wieczorem o 20:00 w teatrze w obispado odbyła się próba Via Crucis. Przedstawienie przygotowuje tutejsza młodzież. Ok 40-u osób. Widać jak bardzo cieszy ich branie udziału w tym przedsięwzięciu. Wszyscy otwarci i serdeczni. Bez skrepowania wypytywali nas o wszystko. Michał dostał role Rzymianina, a ja dziewki z ludu (a muzyka podkładana do przedstawienia jest z filmu Kill Bill ;)).

20.03.2008 (czw.)
Rio Gallegos

Dzisiaj od 9.00 do 23.00 trwały przygotowania Drogi Krzyżowej. Scenografia i próby. 30 osób na sali gimnastycznej, ale na palcach jednej reki można policzyć tych, którzy naprawdę coś robią. Reszta jest tutaj z czysto towarzyskich powodów. Mate i ploteczki. Trochę meczy nas brak organizacji. Rozklejamy plakaty informujące o przedstawieniu po mieście, układamy rusztowania, malujemy atrapy kamieni.
Wszystko przebiega w naprawdę przemiłej atmosferze. Ludzie tutaj zainteresowani są naszym krajem i jego kultura. Wieczorem gitarki i śpiewanie. My tez dwa polskie kawałki ¨odgrywamy-odśpiewujemy¨.

Argentina. Rio Gallegos - Via Crucis

21.03.2008 (pt.)
Rio Gallegos

Wielki dzień. Dzień w którym odbywa się w końcu Via Crucis. Podobnie jak w czwartek przygotowania zaczynają się o 9.00. Przedstawienie przewidziane jest na 21.
o 20:30 stoimy już w strojach (hihihi) i czekamy niektórzy z większym inni z mniejszym przejęciem. Przedstawienie w końcu się zaczyna.
Nastrojowo.
Całość trwa ok. 2 godzin. Udało się pięknie. Oczywiście, ze było kilka nieprzewidzianych gaf, ale dla widzów chyba niezauważalnych. Widownia wstaje z krzeseł i klaszcze głośno. A na scenie wydarza się coś niesamowitego, każdy zapala świeczkę i śpiewamy. Potem chwytamy się za ręce, kłaniamy, zaczynamy tańczyć i skakać w rytm muzyki! Tyle spontanicznej radości! Oczywiście widownia do nas dołącza! Wspaniale przeżycie!

22.03.2008 (sob.)
Rio Gallegos

Rano robimy zakupy na święta. Odwiedzamy przy okazji jarmark rękodzieł, a po południu biegniemy jeszcze pomoc przy sprzątaniu. Wieczorem natomiast o 21 idziemy na Vigilia Pascual. Msza trwa 2,5 godziny.

23.03.2008 (niedz.)
Rio Gallegos

Na wstępie życzymy wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych!
Dziś rano zrobiliśmy sobie w naszej swojskiej kuchni piękne, świąteczne śniadanie. Nie zabrakło niczego.
A po południu zostaliśmy zaproszeni przez dwóch chłopaków na próbe ich rockowego zespołu. Hihi… Odbywał się w kuchni 3×3 metry kwadratowe :), ale baaardzo sympatycznie.
I widzieliśmy artykuł w gazecie o Via Crucis!
Po dwutygodniowej przerwie spieszymy poinformować co się działo… a działo się dużo

20 Uruguay Rivery, Tacuarembo, Villa Eden, Paysandu


Uruguay: Rivery, Tacuarembo, Villa Eden, Paysandu

26.02.2008 (wt.)
Santana do Livramento (Brazylia) / Rivery (Urugwaj). Bus z Porto Alegre.

Jeśli wam się wydaje, że to takie jest oczywiste, że pieczątki w paszporcie po dwóch stronach granicy daje się prawie w jednym miejscu, to pewnie w większości przypadków macie racje. Tym razem jednak byście jej nie mieli ;)!
Chcąc otrzymać pieczątkę równoznaczną z wizą wjazdową do Urugwaju (już po przekroczeniu granicy) drałujemy chyba z 1/2 h, by się dowiedzieć, że najpierw musimy mieć pieczątkę wyjazdową z Brazylii, czyli butujemy to samo 1/2h co w tą stronę + kolejne 1/2, gdzieś w zupełnie innej części miasta…
Granicy w ogóle nie widać. W pewnym momencie samochody mają inną rejestrację i tyle. Zdobywając upragnioną pieczęć wyjazdową z Brazylii udajemy się ponownie do urzędu po stronie urugwajskiej… Ufff…
Autobus na szczęście akurat odjeżdża do TACUAREMBO.
W Urugwaju ludki pijają yerba mate, dzierżąc w jednej ręce coś a la kubeczek ze srebrną słomką (mate z bombillą), a w drugiej termos.
Nie wiem, jak byśmy mieli przejąć ten zwyczaj w plecakami z przodu i z tylu ;)!
Bardzo pokojowo i mnóstwo starych gruchotów na ulicach - super klimat.
Ceny nieco niższe niż w Brazylii.
Zwiedzamy muzeum gauchos (ichni kowboje) i Indian - małe, ale warto!
Nasz pierwszy stop w czasie podróży. Najpierw do jakiejś fabryki tylko kawałek, a zaś z murzynem (!) gaucho w pantalonach za kolana i czerwonych (!) paputach aż do VILLA EDEN (rajska dolina ;)!
W Urugwaju nie tylko auta są stare - na jednej z bocznic w VILLA EDEN udało się namierzyć totalnie zdezelowane dwa wagony - rdzawe.

27.02.2008 (śr.)
Villa Eden. Urugwaj.

Urugwaj = gauchos (ichni kowboje) = krowy = srajdy krowie = kiepsko z miejscem na namiot na polach ;).
6.30 autobus łapany z drogi do Paysandu. Pogoda kiepska - pada i po drodze nic, ale to nic nie ma, więc kima w busie.
W Paysandu wtranżalamy parillę - grillowane różne rodzaje mięs - tradycyjnie.
PAYSANDU do COLON (Argentyna) 58 urugw. pesos.
Jesteśmy w Argentynie!!!
Jemy pyyyszne lody (10 arg. pesos za 1/2 kg) i kupuję kartę do tel. kom.
COLON - BUENOS AIRES (50 arg. pesos).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/Uruguay#


12 Salvador de Bahia - practical information and summary

Salvador de Bahia - practical information and summary

It is incredibly difficult to summarize our experience in Bahia. So many things happened… :). Bahia is in 70% blackmen state of Brasil. When we came to Porto Alegre we felt like not any more in Brasil ;). European traditions of ancestors (especially German ones) are here very present. We remember Bahia as a place filled with beautiful beaches, coconut trees with ruthless sun (burned skin). Salvador gave us a taste of southamerican big city: with astonishing colonial buildings and favelas. The cultural diversity of Bahia is incredible: Baianas, acaraje (food), caipirihna, caipirosca, caipirisima, capoeira, axe-music, carnival, Portugees churches and ceramics (”azulejos”). The most valuable experience is though people that we met and because of privacy we will not comment on, just saying we are very grateful and we are simply in debt we will try to pay off some day. Thank you! For me I first felt the original surroundings of playing reggae music - beach, palm, laid-back atmosphere :)! Brasilian people seem to be very helpful to each other (i.e. a bus driver waits patiently till someone gets on the bus), they are showing “ok” all the time, which is fairly possitive ;)! A lot of crafts are shown on the streets… About dangers in Salvador: we were threaten only once when we were waiting for a bus at the bus stop, in one of the biggest squares in the city (Campo Grande) by a guy with a knife, but apart from this situation everything else was ok. We were very lucky to see the city in “carnival’s clothes”: streets decorated with Mestre Bimba, berimbaus… Still we have to rember that Brasil is a huge country, we saw a little of Bahia and Porto Alegre, which differ a lot… We are really impressed - some things are so similar to European and some so different :). We are heading to Rivera, on the Argentinian boarder and later to Buenos Aires. Wish us good luck!
Hostels: the cheapest one (15 BRL/pers.) and situated in the heart of Pelourinho, but can be noisy and not very private: Beto Residencia, Largo do Pelourinho, no 14, ph. 55 71 9964 1812.
www.alberguedosanjos.com.br, Pelourinho, dorm. 25 BRL
www.saojorgehostel.com, Pelourinho, dorm. 25 BRL
Our favourite camping (maybe the only one near Salvador): www.campingsalvador.tur.br. 12 BRL/pers.

11 Brazylia Porto Alegre

22.02.2008 (pt.)
PORTO ALEGRE. Angela
Salvador opuściliśmy w czwartek. Samolot do Porto Alegre mieliśmy o 16:30. Na wylot czekaliśmy do 20. Podobno jak na brazylijskie warunki to i tak mieliśmy szczęście. Niektórym zdarza się czekać nawet 2 dni! Mimo, że prawie 4 godziny spóźnieni byliśmy, to Angela u której śpimy w Porto Alegre, czekała na nas na lotnisku:) Dzieeeekuuujeemy!
Kochana Angela odebrała nas o 2 w nocy z lotniska.
PORTO ALEGRE to zupełnie inna Brazylia, niż ta w Bahia. Miasto wygląda po prostu na europejskie, ludność praktycznie biała, mało turystów (bo nie ma po co za bardzo :().
Miasto to (kochające grillowane mięsko - mniam :)) nie ma za dużo do zaoferowania, tak że chcieliśmy opuścić je jak najszybciej. Na Rodoviaria (tutejsze dworce autobusowe ), czekała nas jednak niemiła niespodzianka. Najbliższy autobus do Buenos Aires (naszego kolejnego celu), na który były (ostatnie dwa) wolne miejsca, odchodził w piątek - czyli tego dnia, gdy przylecieliśmy do Porto Alegre! Zdecydowaliśmy się wiec wziąć autobus do granicy z Urugwajem (Santana do Livramento) i dalej będziemy kombinować. Na weekend bilety były wyprzedane, tak więc wyjeżdżamy jutro o 22. Cztery dni tutaj spędzone były dobrą okazją do odpoczynku i planowania dalszej części podroży.

23.02.2008 (sob.)
Porto Alegre. Angela & Rafael

W piątek byliśmy na piwie, ale było tak sobie - po prostu bez klimatu i drogo. W Porto Alegre jest mnóstwo naleciałości niemieckich.
Spotykamy pierwszą w naszym życiu osobę z Paragwaju (Francisco), który przybył w odwiedziny z mamą Angeli, która to poznała osobiście dwóch Beatlesów (w dalszej części dokładniejszy opis :))!
Msza jak w przeciętnej parafii w Polsce…

24.02.2008 (niedz.)
Porto Alegre. Angela & Rafael

Powłóczyliśmy się trochę po mieście (muzea, kościoły) i zjedliśmy ogromną ilość churrasco (grillowane mięsko) w jednej z licznych churrascarii (dla mnie bomba:)). Bardzo smaczne!
W ramach rewanżu Ewa zrobiła pyszne gołąbki na niedzielny, polski obiad! Ależ jesteśmy dumni z siebie (nieco pomagałem) :)! Muszę tutaj opisać jedną rzecz. Hości nasi są fanami The Beatles. Mama Angeli również. Wczoraj usłyszeliśmy niewiarygodną (przynajmniej na mnie zrobiła wrażenia) historię. Mama Angeli mając 15 lat zażyczyła sobie na 15 urodziny (zamiast balu) od swojego ojca, wyjazd do Anglii i poznanie członków tak popularnej wówczas grupy The Beatles. Tata spakował całą rodzinkę (swoja żonę, małą mamę Angeli i swojego brata) i wyjechali do Liverpoolu! Spędzili tam tydzień błagając pana ze Scotlandyard’u, aby podał im adresy Beatlesów. Dopiero ostatniego dnia otrzymali wskazówkę! Mężczyzna powiedział im jedno zdanie: ”jeśli pójdą do szpitala Św. Jana to nie będą zawiedzeni”. Poszli i okazało się, że tuż obok znajduje się dom jednego z idolów mamy Angeli! Przed nim tłoczył się tłum rozentuzjazmowanych fanek. Niestety nie doczekali się gwiazdy. Jedna z dziewczyn oświadczyła, że wie gdzie znajdują się pozostałe domy Beatlesów i zaprowadziła ich tam. Zapukali do drzwi… I marzenie 15-latki się spełniło! Poznała osobiście Harrisona i Lennona (autograf). Od tego pierwszego dostała nawet płaszcz, który do dziś wisi w szafie! Słuchając tej historii czułam się, jakbym oglądała Little Miss Sunshine (ta cała ekspedycja i w końcu spełnienie marzeń! Wow)!
Wspomnieć należny, że zarówno Angela, jak i jej maź, Rafael są fanami Paula McCartneya i The Beatles.

25.02.2008 (pon.)
Porto Alegre. Angela.

Wystawa sztuki multimedialnej.
22.00 autobus Porto Alegre - Santana do Livramento (50 BRL/os.)

10. Brazylia: Salvador de Bahia, Arembepe, Imbassai, Praia do Forte, Sao Felix, Cachoeira

Witajcie!
Bardzo długo się nie odzywaliśmy, ponieważ przygotowania do wyjazdu zajęły nam mnóstwo czasu, ale teraz postaramy się nieco nadrobić! Należy Wam się nieco informacji, co robiliśmy przez ten długi czas, gdy nie było od nas wieści…

1 BRL = ca. 1,65 PLN

Brasil. Stela Mariz

06.02.2008 (śr.)
STELA MARIS. Namiot 12 BRL/os.

Rano witają nas palmy :)… Ceny w karnawale są zabójcze w Salwadorze, ale mamy namiot i udajemy się na przeurocze pole namiotowe zaraz przy morzu! Jak się później okazuje jest to jedna z najpiękniejszych plaż w okolicach Salwadoru, pozbawiona turystów i komerchy – mamy szczęście!
Dzień +/- wygląda tak: około 7:00 nie da się wysiedzieć w namiocie, więc pobudka. Pytając o to, jak Brazylijczycy w takim upale pracują, odpowiedź brzmi: mają przerwę od 10-16 ;)! Około 17.30 zachodzi słońce, czyli idziemy spać z kurami (upragniony chłód).
Ogólnie rozkoszujemy się morzem, plażą, palmami i cieszymy się zasłużonym odpoczynkiem.

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilStelaMariz

07.02.2008 (czw.)
STELA MARIS

Udajemy się na wycieczkę do Salwadoru, dzielnica Pelourinho (pręgierz). Jak na miasto 2,4 mln całkiem malutka, ale za to śliczniutka. Widać, że na karnawał ulice były przystrojone, ale na ulicy widać też śpiących ludzi i biedę… Wszyscy ostrzegają, że niebezpiecznie po zmroku i lepiej się nie afiszować z luksusami typu aparat, zegarek, biżuteria…
Odwiedziliśmy szkołę capoeiry Mestre Bimba – obecnie w niej rezyduje Mestre Bemba, z którym pokonwersowalim i grabuchę uściślim ;)! Zaraz za dzielnicą turystyczną, a nawet w niej, oferują rożne wyskokowe specyfiki…
08.02.08 (pt.)
STELA MARIS
Widok z namiotu mamy powalający – wschód słońca nad morzem (ze względu na półkulę zachód nad morzem na razie nie możliwy)… Leżąc na karimatce przed namiotem, w górze widzimy palmy… A jak spadnie akurat kokos – to darmowa woda z kokosa (agua do coco) - raj… Przenosimy się koło Itapoa, do obecnego serwasowego hosta :)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilSalvadorDeBahia#

09.02.08 (sob.)
SALVADOR

Jesteśmy w Brazylii, w Salwadorze, w rejonie Bahia. Obecnie jesteśmy goszczeni u naszych serwasowych gospodarzy. Jest ślicznie: mamy własny pokój, a przed nim ogród z basenem, wokół palmy i cieplutko!

Brasil. Salvador de Bahia

10.02.2008 (niedz.)
SALVADOR

Wybraliśmy się do Barra - dzielnicy położonej wzdłuż morza, pełna plażowiczów, straganów. Z ciekawostek widzieliśmy stary fort – całkiem mały, jak na obecny Salwador, lecz pewnie na ówczesne czasy dość wystawny. Całkiem niedaleko znajduje się warowna latarnia morska wraz z muzeum żeglarstwa. Generalnie większość atrakcji to plaża i różne jej odmiany. Choć i tak najbardziej poszukiwany jest cień!
Mając jeszcze nieco czasu, pojechaliśmy ponownie do Pelourinho – dzielnica turystyczno-historyczna. Cóż za miła niespodzianka – bardzo mało ludzi! Poprzednio musieliśmy się przebijać z dworca autobusowego LAPA wraz z tłumami ludków, a teraz – pustki! Niedziela, manana… Ukazało nam się zupełnie nowe oblicze tej okolicy. Pozwiedzaliśmy boczne uliczki (a jest tu tak, że ulica równoległa do deptaku turystycznego, to już mega slumsy), zachwycaliśmy się pięknymi, małymi domeczkami o bajecznych kolorach, największym konwentem Karmelu na świecie, klimatem ludzi spędzających swoje życie na ulicy z przyjaciółmi – pełna sielana (musimy tam jeszcze raz wrócić z aparatem). Tak przy okazji – to sami Brazylijczycy bardzo nas przestrzegali przed niebezpieczeństwami czekającymi na Bogu ducha winnych turystów: napady, kradzieże… Oto kilka rad: nie nosić za dużo pieniędzy przy sobie, nie wspominając o kartach i paszporcie, ew. pieniądze należy rozlokować w rożnych miejscach (np. w butach - ale jak tu siano w sandała schować?! ;)), żadnych ozdób, zegarków i aparatów (my się nieco pewniej poczuliśmy przynajmniej w niedzielę) ;)! Nie zdążyliśmy niestety zobaczyć brazylijskiej mszy i byliśmy zbyt padnięci, po całym dniu chodzenia, by iść na koncert zespołu, który grał w czasie karnawału…

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilArembepe#

11.02.08 (pon.)
SALVADOR

Autobusem do AREMBEPE (2,75 BRL z Sao Cristovao). Super spokojne, urokliwe miasteczko. Bardzo mili ludzie. Na środku ryneczku akademia Capoeiry (jak się zaś okazało, to można rzec standard). Spotykamy pierwszych białych turystów, z którymi rozmawiamy –Anglicy – parka.
Kierujemy się do wioski hipisów (Aldeia Hippie) i instalujemy się na Janis Joplin Rancho. Wita na sobowtór Bob’a Marley’a i od razu jest przyjemnie! Namiocik w cieniu bambusowego gaju, toaleta “natural” i woda z siarkowodorem, ale jest git (10 BRL / 2 os. + 10 BRL bonus). Idziemy oglądać Projecto Tamar dot. żółwi lądowych i morskich – któż by się spodziewał, że żółwie mogą być takie ogromne?!
Cieszymy się spokojną plażą pozbawiona ludzi, ćwiczymy nieco capo, bo ponoć wieczorem “ma się dziać” w akademii :). W oczekiwaniu na capo zwiedzamy miasto i wciągamy jego sielankowy klimat - ludzie grają sobie na ryneczku w piłkę (dziewczęta), w siatkę, siedzą na ganku, w kościołku ćwiczy jakiś szalony perkusista! Capoeiry się nie doczekalim, ale to nic! Wracamy na nasz hippie camping i spędzamy milusi wieczór, grając na gitarze z autochtonami przy akompaniamencie bębnów i łażącym po słupie jakimś wielkim niezidentyfikowanym stworze z wielką kitą ;)… W nocy xxx kogut nie daje spać, a na dodatek cwana bestia: chcąc go ukatrupić, wyszedłem z namiotu, a ten schował się w bambusach i tak zakamuflował, że nie było go widać. Nawet salwy piasku nie wypłoszyły go z ukrycia ;)…

Brasil. Arembepe

12.02.08 (wt.)
AREMBEPE. Janis Joplin Rancho 10 BRL/2 os.

Pięknie położona ta osada hipisów: palmy, domy ze strzechą, powiewające flagi, klimatyczni ludkowie.
Jedziemy do IMBASSAI na Linha Verde.
Przeprowadzamy operację “kokos” ;).
Spotykamy tą samą parkę Anglików, co w Arembepe poprzedniego dnia i byczymy się na plaży. Na obiadek feijiaolada – typowe brazylijskie danie niewolników składające się z wędzonego mięsa, ryżu, fasoli oraz ew. banana i mąki (farinha). Przy plażach turystycznych są prysznice do zmycia słonej wody. My się rozbiliśmy pod daszkiem opuszczonego domku na plaży. Wiało w nocy na maxa, ale rano…

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BasilImbassai#
http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilPraiaDiForte#

Brasil. Praia di Forte


Basil. Imbassai

13.02.08 (śr.)
IMBASSAI. Namiot na plaży

Budzimy się na wschód słońca widziany z namiotu :).
Kawka u Szkota, który właśnie otworzył knajpkę w Imbassai.
Jedziemy do PRAIA DO FORTE. Bagaże zostawiamy w hostelu (HI). Urocze, turystyczne miasteczko, pełne straganów, rękodzieł, bardzo bezpiecznie i sielankowo. Jest tam Project TAMAR, latarnia morska (nieodłączny element krajobrazu) oraz nawet szkielet dinozaura (?). Z Praia do Forte jedziemy do Salvadoru (Expresso) 7 BRL/os..
Z Salvadoru do Cachoeira / Sao Felix (14 BRL/os.).
Lądujemy już późno. Szukając miejsca do spania, trafiamy na trening capoeira dla dzieci. Ewa gra w roda :). Himishi (mały capoeirista) proponuje nam, byśmy się rozbili przed jego domem. Tak właśnie trafiamy na nocleg do faweli! Warunki w domu bardzo podstawowe, mnóstwo ludków w domu, po wodę trzeba chodzić z wiadrami po stromiznach do sąsiada. “Oficina” ojca jest za domem dość prowizoryczna. Zajmują się wyrobem koralików i ich sprzedażą. W całym domu rozbrzmiewa reggae! Ciekawa jest łazienka z toaletą, a właściwie jej brak ;).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilSaoFelixCachoeira#

14.02.08 (czw.)
SAO FELIX. Fawela przy domu Hishimi

Udajemy się na druga stronę rzeki do CACHOEIRA. Znajdujemy super camping i szwendamy się po sennym miasteczku.

Brasil. Sao Felix / Cachoeira

15.02.08 (pt.)
CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os.

Jesteśmy w Cachoeira. Dziś mamy spokojny dzień. Postanowiliśmy zostać tu nieco dłużej, ponieważ jest baaardzo przyjemnie: nie jest aż tak gorąco jak nad morzem, nasza skóra po pierwszym zejściu – “kameleony” – wraca do normy, mamy piękny nocleg w ślicznym ośrodku z 25-metrpwym basenem, mniejszymi dwoma dla ochłody, super patio, gdzie sobie robimy jedzonko i to wszystko całkiem niedrogo!
Ten camping jest bajeczny: mamy do dyspozycji basen 25m, 2 małe baseniki, prysznice, toalety, darmowe mango (po portugalsku “manga” - nie mylić z kreskówkami), które rośnie nam nad głową :). Samo miasteczko jest urocze - spokojne, położone nad szeroką rzeką (po przeciwnej stronie Sao Felix), staromodne, z mnóstwem starych sprzętów (np. fotele fryzjerskie maja chyba z 50 lat, jak krzesło dentystyczne mojego Taty ;)), osiołki i konie biegają po ulicach. Obejrzeliśmy ratusz (nie warto) i konwent Karmelitów (hotel) - bardzo uroczy. Wszystkie do tej pory widziane klasztory mają w środku plac z krużgankami (chyba po to, by słońce z zenitu nie dawało po czaszce).

16.02.08 (sob.)
CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os.

Mini busik do Salvadoru, Rodoviaria (dworzec autobusów dalekobieżnych) 10 BRL/os. Cena “normalnego” autobusu bez ubezpieczenia 11,90 BRL/os., z ubezpieczeniem ok. 14 BRL.

SALVADOR. Martha

Żeby zoptymalizować się, Ewa wyrusza na podbój miasta, ja po bagaże do Salvadora (osoba), gdzie spotykam jego znajomego o polskich korzeniach, a następnie na lotnisko. Po porównaniu cen niestety okazuje się, że są takie jak w Internecie (nie kłamał ;)) i najtaniej wychodzi lecieć Webjet za ok. 380 BRL/os. do Porto Alegre. Zaraz po przyjeździe bilet ten kosztował ok. 320 BRL, ale nie znaliśmy daty wylotu… Z samym kupnem biletu było nieco stresu, bo karty nie działały, limity na kartach ledwo pozwoliły na wypłatę odpowiedniej ilości gotówki, co trzeba było wspomóc wymianą dewiz. “Suma sumarów” udało się i jest git!
Bus prices checked at Rodoviaria:
Salvador - Rio - 199 BRL
Salvador - Foz do Iguacu - 371 BRL
Salvador - Brasilia - 179 BRL
Salvador - Porto Alegre - 268 BRL
Flight prices:
Webjet
SSA - POA - 380 BRL (for following week)
SSA - Rio - 280 BRL (for following week)
SSA - Curitiba - 340 BRL (for following week)
TAM
SSA - Foz - 701 BRL
SSA - Rio - 370 BRL
Rio - Foz - 430 BRL
GOL
SSA - Rio - 318 BRL
SSA - Foz - 550/670 BRL
SSA - EZE - 750 BRL
SSA - POA - 675 BRL
Wieczorem na Pelourinho na Bale Folclorico (25BRL/os.). Przedstawienie mega turystyczne (a niech im będzie raz;)) obrazujące orixe, candomble (nieco), capoeirę i samba roda.

17.02.08 (niedz.)
SALVADOR. Martha

Super śniadanko z widokiem z 14. piętra na morze u Marthy. Lunch z Marthą i Lisą (akurat miała urodzinki!) – tak wystawny jak nasz bożonarodzeniowy posiłek ;). Zaczęliśmy tradycyjnie brazylijsko od caipirinhi. A robi się ją tak: najpierw 2 łyżki cukru do szklanki, zaś pokroić limonkę (ugnieść patykiem), do tego cechaca (rodzaj rumu brazylijskiego 4,50 BRL za 0,5l), dolać wodę i mnóstwo lodu - super orzeźwiające! Jako główne dania mięsko z grilla, kuskus, ruccola i sałata (przechowywana nieco w wodzie z octem). Do tego super winko Gato Negro z Chile. Na deser czekoladki i pyszny likier cytrynowy produkcji włoskiej! Do tego oczywiście bardzo ciekawe rozmowy, ale może zbyt osobiste to sprawy, by w tym miejscu je przytaczać ;)…
Po południu pojechaliśmy na Riberia, do kościoła słynącego z cudów Bonfim (Pan szczęśliwego Zakończenia - tego też sobie życzymy w tej wyprawie). Ludzie zanoszą tam zdjęcia i odlewy kończyn, jako świadectwa wysłuchanych modlitw, cudów. Zaś spacer wieczorkiem do fortu i kościołka położonego zaraz przy morzu. Taki spokojny zakątek dla brazylijskich “lowelasów” ;)…
Tak przy okazji – Zatoka Wszystkich Świętych, nad którą leży Salwador, jest przepiękna i nie dziwota, że tu właśnie Portugalczycy założyli miasto. W każdym strategicznym miejscu jest fort. Do tej pory zaliczyliśmy chyba cztery z nich.

18.02.08 (pon.)
SALVADOR. Martha

Pelourinho. Muzeum Sztuki Sakralnej - jedno z najbogatszych w Ameryce Południowej. Faktycznie warto. Mieści się w klasztorze Św. Teresy. Ciekawe były popiersia świętych z otworami na relikwie, a także postaci świętych używane na procesjach ubierane w stroje, z “mobilnymi” rękoma. W bibliotece klasztoru (!) znaleźliśmy ciekawy album ze zdjęciami z candomble: kroili koguty, kozły, świnie i pryskali się ich krwią i pierzem koguta… Po południu przeprowadzka do Marthy.
19.02.2008 (wt.)
SALVADOR

Ponowna wizyta na Pelourinho, które zawsze nas czymś zaskakuje!
Informacja o wymianie pieniędzy: na lotnisku są bankomaty “międzynarodowe” – prowizja 8 BRL. Kurs oficjalny w kantorach ok. 1,64 BRL za 1 USD. Z naszego doświadczenia lepiej wymieniać pieniądze na Pelourinho w sklepikach – lepszy kurs ok. 1, 70 BRL.
Są kłopoty z akceptacją kart płatniczych VISA Elektron i nawet VISA Classic, więc lepiej jak zawsze się zaopatrzyć w nieco dewiz i różne rodzaje kart (problem przy płatności za bilety lotnicze Webjet).
Na Pelourinho zwiedziliśmy Trzeci Zakon Św. Franciszka z bajecznymi portugalskimi biało-niebieskimi kaflami („azulejos”) oraz muzeum. Musieliśmy wrócić do “Centro Historico”, ponieważ poprzednim razem nie braliśmy aparatu, a jest co fotografować: kolorowe, urokliwe kamieniczki, sypiące się, ale pełne wdzięku kościoły i przede wszystkim ludziska, bądź – lepiej rzec – postaci, bo pewnie każda z nich ma ciekawą historię do opowiedzenia (nieco się jeszcze krępujemy)…
Na placu Terreiro de Jesus można obejrzeć capoeira (jeśli ma się dość cierpliwości, bo długo czasem każą na siebie czekać). Przez znawców oceniane dwuznacznie, choć jak dla mnie bomba! Ogólnie Murzaje super się ruszają, są dobrze zbudowani (w większości) i sprawni jak 150! Zajrzeliśmy do jednego z najstarszych klasztorów karmelitańskich obecnie przerobionego na niezgorszy hotel… Niby burżujstwo, ale na chwilkę można by się zatrzymać ;)! Zachwalane Muzeum Afro-brazylijskie nie powaliło nas na kolana. Jest dość małe, do ręki dostaje się ksero z opisami po angielsku w koszulkach, ekspozycja uboga… Ciekawe są jednak opisy bóstw Orixa - jedno nawet nosi imię Ewa!
Wieczorem Elisabeth zaprosiła nas na trzy wystawy w jednej galerii. Najbardziej jednak ciekawe było oglądanie bohemy salwadorskiej. Kulinarny przysmak – shake goiaba: zamrożone owoce wraz z wodą (mlekiem) potraktować mikserem i dodać cukru - mniam!

20.02.2008 (śr.)
SALVADOR

Dziś mieliśmy super śniadanko w towarzystwie przeuroczej Elizabeth. Trochę się przeliczyliśmy, że plaża będzie blisko i po długim marszu ostatecznie wzięliśmy autobus, który zahaczając o punkt naszego wyjścia, dowiózł nas na plażę Barra. Słońce jest tutaj bardzo ostre (polecamy na dzień dobry filtr 50). Po plaży krąży mnóstwo sprzedawców różności: od napojów, przez lody, do materiałów i wisiorków. W przerwie niektórzy grają sobie np. w piłkę, zostawiając kram na później :).

http://pl.youtube.com/watch?v=9-bdZjbHV8g

21.02.2008 (czw.)
Salvador. Elizabeth.

Kupiliśmy bilety na samolot do POA (Porto Alegre) 758 BRL/2os linii Webjet. Samolot miał wylecieć o 16.30. Zaś był przesunięty na 18, zaś na 18.30, a jeszcze później na 20.00. Okazało się, że mamy międzylądowania w Rio i Kurytybie = byliśmy tam ;)!