poniedziałek, 24 grudnia 2018

11 Brazylia Porto Alegre

22.02.2008 (pt.)
PORTO ALEGRE. Angela
Salvador opuściliśmy w czwartek. Samolot do Porto Alegre mieliśmy o 16:30. Na wylot czekaliśmy do 20. Podobno jak na brazylijskie warunki to i tak mieliśmy szczęście. Niektórym zdarza się czekać nawet 2 dni! Mimo, że prawie 4 godziny spóźnieni byliśmy, to Angela u której śpimy w Porto Alegre, czekała na nas na lotnisku:) Dzieeeekuuujeemy!
Kochana Angela odebrała nas o 2 w nocy z lotniska.
PORTO ALEGRE to zupełnie inna Brazylia, niż ta w Bahia. Miasto wygląda po prostu na europejskie, ludność praktycznie biała, mało turystów (bo nie ma po co za bardzo :().
Miasto to (kochające grillowane mięsko - mniam :)) nie ma za dużo do zaoferowania, tak że chcieliśmy opuścić je jak najszybciej. Na Rodoviaria (tutejsze dworce autobusowe ), czekała nas jednak niemiła niespodzianka. Najbliższy autobus do Buenos Aires (naszego kolejnego celu), na który były (ostatnie dwa) wolne miejsca, odchodził w piątek - czyli tego dnia, gdy przylecieliśmy do Porto Alegre! Zdecydowaliśmy się wiec wziąć autobus do granicy z Urugwajem (Santana do Livramento) i dalej będziemy kombinować. Na weekend bilety były wyprzedane, tak więc wyjeżdżamy jutro o 22. Cztery dni tutaj spędzone były dobrą okazją do odpoczynku i planowania dalszej części podroży.

23.02.2008 (sob.)
Porto Alegre. Angela & Rafael

W piątek byliśmy na piwie, ale było tak sobie - po prostu bez klimatu i drogo. W Porto Alegre jest mnóstwo naleciałości niemieckich.
Spotykamy pierwszą w naszym życiu osobę z Paragwaju (Francisco), który przybył w odwiedziny z mamą Angeli, która to poznała osobiście dwóch Beatlesów (w dalszej części dokładniejszy opis :))!
Msza jak w przeciętnej parafii w Polsce…

24.02.2008 (niedz.)
Porto Alegre. Angela & Rafael

Powłóczyliśmy się trochę po mieście (muzea, kościoły) i zjedliśmy ogromną ilość churrasco (grillowane mięsko) w jednej z licznych churrascarii (dla mnie bomba:)). Bardzo smaczne!
W ramach rewanżu Ewa zrobiła pyszne gołąbki na niedzielny, polski obiad! Ależ jesteśmy dumni z siebie (nieco pomagałem) :)! Muszę tutaj opisać jedną rzecz. Hości nasi są fanami The Beatles. Mama Angeli również. Wczoraj usłyszeliśmy niewiarygodną (przynajmniej na mnie zrobiła wrażenia) historię. Mama Angeli mając 15 lat zażyczyła sobie na 15 urodziny (zamiast balu) od swojego ojca, wyjazd do Anglii i poznanie członków tak popularnej wówczas grupy The Beatles. Tata spakował całą rodzinkę (swoja żonę, małą mamę Angeli i swojego brata) i wyjechali do Liverpoolu! Spędzili tam tydzień błagając pana ze Scotlandyard’u, aby podał im adresy Beatlesów. Dopiero ostatniego dnia otrzymali wskazówkę! Mężczyzna powiedział im jedno zdanie: ”jeśli pójdą do szpitala Św. Jana to nie będą zawiedzeni”. Poszli i okazało się, że tuż obok znajduje się dom jednego z idolów mamy Angeli! Przed nim tłoczył się tłum rozentuzjazmowanych fanek. Niestety nie doczekali się gwiazdy. Jedna z dziewczyn oświadczyła, że wie gdzie znajdują się pozostałe domy Beatlesów i zaprowadziła ich tam. Zapukali do drzwi… I marzenie 15-latki się spełniło! Poznała osobiście Harrisona i Lennona (autograf). Od tego pierwszego dostała nawet płaszcz, który do dziś wisi w szafie! Słuchając tej historii czułam się, jakbym oglądała Little Miss Sunshine (ta cała ekspedycja i w końcu spełnienie marzeń! Wow)!
Wspomnieć należny, że zarówno Angela, jak i jej maź, Rafael są fanami Paula McCartneya i The Beatles.

25.02.2008 (pon.)
Porto Alegre. Angela.

Wystawa sztuki multimedialnej.
22.00 autobus Porto Alegre - Santana do Livramento (50 BRL/os.)

10. Brazylia: Salvador de Bahia, Arembepe, Imbassai, Praia do Forte, Sao Felix, Cachoeira

Witajcie!
Bardzo długo się nie odzywaliśmy, ponieważ przygotowania do wyjazdu zajęły nam mnóstwo czasu, ale teraz postaramy się nieco nadrobić! Należy Wam się nieco informacji, co robiliśmy przez ten długi czas, gdy nie było od nas wieści…

1 BRL = ca. 1,65 PLN

Brasil. Stela Mariz

06.02.2008 (śr.)
STELA MARIS. Namiot 12 BRL/os.

Rano witają nas palmy :)… Ceny w karnawale są zabójcze w Salwadorze, ale mamy namiot i udajemy się na przeurocze pole namiotowe zaraz przy morzu! Jak się później okazuje jest to jedna z najpiękniejszych plaż w okolicach Salwadoru, pozbawiona turystów i komerchy – mamy szczęście!
Dzień +/- wygląda tak: około 7:00 nie da się wysiedzieć w namiocie, więc pobudka. Pytając o to, jak Brazylijczycy w takim upale pracują, odpowiedź brzmi: mają przerwę od 10-16 ;)! Około 17.30 zachodzi słońce, czyli idziemy spać z kurami (upragniony chłód).
Ogólnie rozkoszujemy się morzem, plażą, palmami i cieszymy się zasłużonym odpoczynkiem.

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilStelaMariz

07.02.2008 (czw.)
STELA MARIS

Udajemy się na wycieczkę do Salwadoru, dzielnica Pelourinho (pręgierz). Jak na miasto 2,4 mln całkiem malutka, ale za to śliczniutka. Widać, że na karnawał ulice były przystrojone, ale na ulicy widać też śpiących ludzi i biedę… Wszyscy ostrzegają, że niebezpiecznie po zmroku i lepiej się nie afiszować z luksusami typu aparat, zegarek, biżuteria…
Odwiedziliśmy szkołę capoeiry Mestre Bimba – obecnie w niej rezyduje Mestre Bemba, z którym pokonwersowalim i grabuchę uściślim ;)! Zaraz za dzielnicą turystyczną, a nawet w niej, oferują rożne wyskokowe specyfiki…
08.02.08 (pt.)
STELA MARIS
Widok z namiotu mamy powalający – wschód słońca nad morzem (ze względu na półkulę zachód nad morzem na razie nie możliwy)… Leżąc na karimatce przed namiotem, w górze widzimy palmy… A jak spadnie akurat kokos – to darmowa woda z kokosa (agua do coco) - raj… Przenosimy się koło Itapoa, do obecnego serwasowego hosta :)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilSalvadorDeBahia#

09.02.08 (sob.)
SALVADOR

Jesteśmy w Brazylii, w Salwadorze, w rejonie Bahia. Obecnie jesteśmy goszczeni u naszych serwasowych gospodarzy. Jest ślicznie: mamy własny pokój, a przed nim ogród z basenem, wokół palmy i cieplutko!

Brasil. Salvador de Bahia

10.02.2008 (niedz.)
SALVADOR

Wybraliśmy się do Barra - dzielnicy położonej wzdłuż morza, pełna plażowiczów, straganów. Z ciekawostek widzieliśmy stary fort – całkiem mały, jak na obecny Salwador, lecz pewnie na ówczesne czasy dość wystawny. Całkiem niedaleko znajduje się warowna latarnia morska wraz z muzeum żeglarstwa. Generalnie większość atrakcji to plaża i różne jej odmiany. Choć i tak najbardziej poszukiwany jest cień!
Mając jeszcze nieco czasu, pojechaliśmy ponownie do Pelourinho – dzielnica turystyczno-historyczna. Cóż za miła niespodzianka – bardzo mało ludzi! Poprzednio musieliśmy się przebijać z dworca autobusowego LAPA wraz z tłumami ludków, a teraz – pustki! Niedziela, manana… Ukazało nam się zupełnie nowe oblicze tej okolicy. Pozwiedzaliśmy boczne uliczki (a jest tu tak, że ulica równoległa do deptaku turystycznego, to już mega slumsy), zachwycaliśmy się pięknymi, małymi domeczkami o bajecznych kolorach, największym konwentem Karmelu na świecie, klimatem ludzi spędzających swoje życie na ulicy z przyjaciółmi – pełna sielana (musimy tam jeszcze raz wrócić z aparatem). Tak przy okazji – to sami Brazylijczycy bardzo nas przestrzegali przed niebezpieczeństwami czekającymi na Bogu ducha winnych turystów: napady, kradzieże… Oto kilka rad: nie nosić za dużo pieniędzy przy sobie, nie wspominając o kartach i paszporcie, ew. pieniądze należy rozlokować w rożnych miejscach (np. w butach - ale jak tu siano w sandała schować?! ;)), żadnych ozdób, zegarków i aparatów (my się nieco pewniej poczuliśmy przynajmniej w niedzielę) ;)! Nie zdążyliśmy niestety zobaczyć brazylijskiej mszy i byliśmy zbyt padnięci, po całym dniu chodzenia, by iść na koncert zespołu, który grał w czasie karnawału…

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilArembepe#

11.02.08 (pon.)
SALVADOR

Autobusem do AREMBEPE (2,75 BRL z Sao Cristovao). Super spokojne, urokliwe miasteczko. Bardzo mili ludzie. Na środku ryneczku akademia Capoeiry (jak się zaś okazało, to można rzec standard). Spotykamy pierwszych białych turystów, z którymi rozmawiamy –Anglicy – parka.
Kierujemy się do wioski hipisów (Aldeia Hippie) i instalujemy się na Janis Joplin Rancho. Wita na sobowtór Bob’a Marley’a i od razu jest przyjemnie! Namiocik w cieniu bambusowego gaju, toaleta “natural” i woda z siarkowodorem, ale jest git (10 BRL / 2 os. + 10 BRL bonus). Idziemy oglądać Projecto Tamar dot. żółwi lądowych i morskich – któż by się spodziewał, że żółwie mogą być takie ogromne?!
Cieszymy się spokojną plażą pozbawiona ludzi, ćwiczymy nieco capo, bo ponoć wieczorem “ma się dziać” w akademii :). W oczekiwaniu na capo zwiedzamy miasto i wciągamy jego sielankowy klimat - ludzie grają sobie na ryneczku w piłkę (dziewczęta), w siatkę, siedzą na ganku, w kościołku ćwiczy jakiś szalony perkusista! Capoeiry się nie doczekalim, ale to nic! Wracamy na nasz hippie camping i spędzamy milusi wieczór, grając na gitarze z autochtonami przy akompaniamencie bębnów i łażącym po słupie jakimś wielkim niezidentyfikowanym stworze z wielką kitą ;)… W nocy xxx kogut nie daje spać, a na dodatek cwana bestia: chcąc go ukatrupić, wyszedłem z namiotu, a ten schował się w bambusach i tak zakamuflował, że nie było go widać. Nawet salwy piasku nie wypłoszyły go z ukrycia ;)…

Brasil. Arembepe

12.02.08 (wt.)
AREMBEPE. Janis Joplin Rancho 10 BRL/2 os.

Pięknie położona ta osada hipisów: palmy, domy ze strzechą, powiewające flagi, klimatyczni ludkowie.
Jedziemy do IMBASSAI na Linha Verde.
Przeprowadzamy operację “kokos” ;).
Spotykamy tą samą parkę Anglików, co w Arembepe poprzedniego dnia i byczymy się na plaży. Na obiadek feijiaolada – typowe brazylijskie danie niewolników składające się z wędzonego mięsa, ryżu, fasoli oraz ew. banana i mąki (farinha). Przy plażach turystycznych są prysznice do zmycia słonej wody. My się rozbiliśmy pod daszkiem opuszczonego domku na plaży. Wiało w nocy na maxa, ale rano…

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BasilImbassai#
http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilPraiaDiForte#

Brasil. Praia di Forte


Basil. Imbassai

13.02.08 (śr.)
IMBASSAI. Namiot na plaży

Budzimy się na wschód słońca widziany z namiotu :).
Kawka u Szkota, który właśnie otworzył knajpkę w Imbassai.
Jedziemy do PRAIA DO FORTE. Bagaże zostawiamy w hostelu (HI). Urocze, turystyczne miasteczko, pełne straganów, rękodzieł, bardzo bezpiecznie i sielankowo. Jest tam Project TAMAR, latarnia morska (nieodłączny element krajobrazu) oraz nawet szkielet dinozaura (?). Z Praia do Forte jedziemy do Salvadoru (Expresso) 7 BRL/os..
Z Salvadoru do Cachoeira / Sao Felix (14 BRL/os.).
Lądujemy już późno. Szukając miejsca do spania, trafiamy na trening capoeira dla dzieci. Ewa gra w roda :). Himishi (mały capoeirista) proponuje nam, byśmy się rozbili przed jego domem. Tak właśnie trafiamy na nocleg do faweli! Warunki w domu bardzo podstawowe, mnóstwo ludków w domu, po wodę trzeba chodzić z wiadrami po stromiznach do sąsiada. “Oficina” ojca jest za domem dość prowizoryczna. Zajmują się wyrobem koralików i ich sprzedażą. W całym domu rozbrzmiewa reggae! Ciekawa jest łazienka z toaletą, a właściwie jej brak ;).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/BrasilSaoFelixCachoeira#

14.02.08 (czw.)
SAO FELIX. Fawela przy domu Hishimi

Udajemy się na druga stronę rzeki do CACHOEIRA. Znajdujemy super camping i szwendamy się po sennym miasteczku.

Brasil. Sao Felix / Cachoeira

15.02.08 (pt.)
CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os.

Jesteśmy w Cachoeira. Dziś mamy spokojny dzień. Postanowiliśmy zostać tu nieco dłużej, ponieważ jest baaardzo przyjemnie: nie jest aż tak gorąco jak nad morzem, nasza skóra po pierwszym zejściu – “kameleony” – wraca do normy, mamy piękny nocleg w ślicznym ośrodku z 25-metrpwym basenem, mniejszymi dwoma dla ochłody, super patio, gdzie sobie robimy jedzonko i to wszystko całkiem niedrogo!
Ten camping jest bajeczny: mamy do dyspozycji basen 25m, 2 małe baseniki, prysznice, toalety, darmowe mango (po portugalsku “manga” - nie mylić z kreskówkami), które rośnie nam nad głową :). Samo miasteczko jest urocze - spokojne, położone nad szeroką rzeką (po przeciwnej stronie Sao Felix), staromodne, z mnóstwem starych sprzętów (np. fotele fryzjerskie maja chyba z 50 lat, jak krzesło dentystyczne mojego Taty ;)), osiołki i konie biegają po ulicach. Obejrzeliśmy ratusz (nie warto) i konwent Karmelitów (hotel) - bardzo uroczy. Wszystkie do tej pory widziane klasztory mają w środku plac z krużgankami (chyba po to, by słońce z zenitu nie dawało po czaszce).

16.02.08 (sob.)
CACHOEIRA. Namiot 10 BRL/os.

Mini busik do Salvadoru, Rodoviaria (dworzec autobusów dalekobieżnych) 10 BRL/os. Cena “normalnego” autobusu bez ubezpieczenia 11,90 BRL/os., z ubezpieczeniem ok. 14 BRL.

SALVADOR. Martha

Żeby zoptymalizować się, Ewa wyrusza na podbój miasta, ja po bagaże do Salvadora (osoba), gdzie spotykam jego znajomego o polskich korzeniach, a następnie na lotnisko. Po porównaniu cen niestety okazuje się, że są takie jak w Internecie (nie kłamał ;)) i najtaniej wychodzi lecieć Webjet za ok. 380 BRL/os. do Porto Alegre. Zaraz po przyjeździe bilet ten kosztował ok. 320 BRL, ale nie znaliśmy daty wylotu… Z samym kupnem biletu było nieco stresu, bo karty nie działały, limity na kartach ledwo pozwoliły na wypłatę odpowiedniej ilości gotówki, co trzeba było wspomóc wymianą dewiz. “Suma sumarów” udało się i jest git!
Bus prices checked at Rodoviaria:
Salvador - Rio - 199 BRL
Salvador - Foz do Iguacu - 371 BRL
Salvador - Brasilia - 179 BRL
Salvador - Porto Alegre - 268 BRL
Flight prices:
Webjet
SSA - POA - 380 BRL (for following week)
SSA - Rio - 280 BRL (for following week)
SSA - Curitiba - 340 BRL (for following week)
TAM
SSA - Foz - 701 BRL
SSA - Rio - 370 BRL
Rio - Foz - 430 BRL
GOL
SSA - Rio - 318 BRL
SSA - Foz - 550/670 BRL
SSA - EZE - 750 BRL
SSA - POA - 675 BRL
Wieczorem na Pelourinho na Bale Folclorico (25BRL/os.). Przedstawienie mega turystyczne (a niech im będzie raz;)) obrazujące orixe, candomble (nieco), capoeirę i samba roda.

17.02.08 (niedz.)
SALVADOR. Martha

Super śniadanko z widokiem z 14. piętra na morze u Marthy. Lunch z Marthą i Lisą (akurat miała urodzinki!) – tak wystawny jak nasz bożonarodzeniowy posiłek ;). Zaczęliśmy tradycyjnie brazylijsko od caipirinhi. A robi się ją tak: najpierw 2 łyżki cukru do szklanki, zaś pokroić limonkę (ugnieść patykiem), do tego cechaca (rodzaj rumu brazylijskiego 4,50 BRL za 0,5l), dolać wodę i mnóstwo lodu - super orzeźwiające! Jako główne dania mięsko z grilla, kuskus, ruccola i sałata (przechowywana nieco w wodzie z octem). Do tego super winko Gato Negro z Chile. Na deser czekoladki i pyszny likier cytrynowy produkcji włoskiej! Do tego oczywiście bardzo ciekawe rozmowy, ale może zbyt osobiste to sprawy, by w tym miejscu je przytaczać ;)…
Po południu pojechaliśmy na Riberia, do kościoła słynącego z cudów Bonfim (Pan szczęśliwego Zakończenia - tego też sobie życzymy w tej wyprawie). Ludzie zanoszą tam zdjęcia i odlewy kończyn, jako świadectwa wysłuchanych modlitw, cudów. Zaś spacer wieczorkiem do fortu i kościołka położonego zaraz przy morzu. Taki spokojny zakątek dla brazylijskich “lowelasów” ;)…
Tak przy okazji – Zatoka Wszystkich Świętych, nad którą leży Salwador, jest przepiękna i nie dziwota, że tu właśnie Portugalczycy założyli miasto. W każdym strategicznym miejscu jest fort. Do tej pory zaliczyliśmy chyba cztery z nich.

18.02.08 (pon.)
SALVADOR. Martha

Pelourinho. Muzeum Sztuki Sakralnej - jedno z najbogatszych w Ameryce Południowej. Faktycznie warto. Mieści się w klasztorze Św. Teresy. Ciekawe były popiersia świętych z otworami na relikwie, a także postaci świętych używane na procesjach ubierane w stroje, z “mobilnymi” rękoma. W bibliotece klasztoru (!) znaleźliśmy ciekawy album ze zdjęciami z candomble: kroili koguty, kozły, świnie i pryskali się ich krwią i pierzem koguta… Po południu przeprowadzka do Marthy.
19.02.2008 (wt.)
SALVADOR

Ponowna wizyta na Pelourinho, które zawsze nas czymś zaskakuje!
Informacja o wymianie pieniędzy: na lotnisku są bankomaty “międzynarodowe” – prowizja 8 BRL. Kurs oficjalny w kantorach ok. 1,64 BRL za 1 USD. Z naszego doświadczenia lepiej wymieniać pieniądze na Pelourinho w sklepikach – lepszy kurs ok. 1, 70 BRL.
Są kłopoty z akceptacją kart płatniczych VISA Elektron i nawet VISA Classic, więc lepiej jak zawsze się zaopatrzyć w nieco dewiz i różne rodzaje kart (problem przy płatności za bilety lotnicze Webjet).
Na Pelourinho zwiedziliśmy Trzeci Zakon Św. Franciszka z bajecznymi portugalskimi biało-niebieskimi kaflami („azulejos”) oraz muzeum. Musieliśmy wrócić do “Centro Historico”, ponieważ poprzednim razem nie braliśmy aparatu, a jest co fotografować: kolorowe, urokliwe kamieniczki, sypiące się, ale pełne wdzięku kościoły i przede wszystkim ludziska, bądź – lepiej rzec – postaci, bo pewnie każda z nich ma ciekawą historię do opowiedzenia (nieco się jeszcze krępujemy)…
Na placu Terreiro de Jesus można obejrzeć capoeira (jeśli ma się dość cierpliwości, bo długo czasem każą na siebie czekać). Przez znawców oceniane dwuznacznie, choć jak dla mnie bomba! Ogólnie Murzaje super się ruszają, są dobrze zbudowani (w większości) i sprawni jak 150! Zajrzeliśmy do jednego z najstarszych klasztorów karmelitańskich obecnie przerobionego na niezgorszy hotel… Niby burżujstwo, ale na chwilkę można by się zatrzymać ;)! Zachwalane Muzeum Afro-brazylijskie nie powaliło nas na kolana. Jest dość małe, do ręki dostaje się ksero z opisami po angielsku w koszulkach, ekspozycja uboga… Ciekawe są jednak opisy bóstw Orixa - jedno nawet nosi imię Ewa!
Wieczorem Elisabeth zaprosiła nas na trzy wystawy w jednej galerii. Najbardziej jednak ciekawe było oglądanie bohemy salwadorskiej. Kulinarny przysmak – shake goiaba: zamrożone owoce wraz z wodą (mlekiem) potraktować mikserem i dodać cukru - mniam!

20.02.2008 (śr.)
SALVADOR

Dziś mieliśmy super śniadanko w towarzystwie przeuroczej Elizabeth. Trochę się przeliczyliśmy, że plaża będzie blisko i po długim marszu ostatecznie wzięliśmy autobus, który zahaczając o punkt naszego wyjścia, dowiózł nas na plażę Barra. Słońce jest tutaj bardzo ostre (polecamy na dzień dobry filtr 50). Po plaży krąży mnóstwo sprzedawców różności: od napojów, przez lody, do materiałów i wisiorków. W przerwie niektórzy grają sobie np. w piłkę, zostawiając kram na później :).

http://pl.youtube.com/watch?v=9-bdZjbHV8g

21.02.2008 (czw.)
Salvador. Elizabeth.

Kupiliśmy bilety na samolot do POA (Porto Alegre) 758 BRL/2os linii Webjet. Samolot miał wylecieć o 16.30. Zaś był przesunięty na 18, zaś na 18.30, a jeszcze później na 20.00. Okazało się, że mamy międzylądowania w Rio i Kurytybie = byliśmy tam ;)!

wtorek, 29 marca 2011

Jakiś czas po… [www.careerbreak.pl]

http://careerbreak.pl/2011/03/29/jakis-czas-po-wywiad-z-michalem-wasikiem/

Michał Wąsik – pracownik Logistyki w dużym koncernie motoryzacyjnym w Poznaniu (wszystko wiadomo, nie?! ;)). Od czasów liceum każde wakacje spędzał za granicą – od „za miedzy” aż po krańce świata. Zwolennik aktywnego wypoczynku, fascynat wschodnich sztuk walki. Nie może żyć bez słuchania i „produkowania” muzyki, grania na gitarze i klawiszach. Bardzo wdzięczny za otaczających go ludzi! O swoich podróżach pisze na www.aroundsouthamerica.eu i www.micwasik.blogspot.com.



Opowiedz w trzech zdaniach o swojej podróży. Gdzie byłeś? Jak długo ona trwała? Kiedy wróciłeś?

Podróż była podzielona na dwa etapy: Amerykę Południową oraz Azję Południowo-wschodnią. Trasa wyjazdu w Ameryce Południowej obejmowała Brazylię, Urugwaj, Argentynę, Chile, Boliwię, Peru i Kolumbię, natomiast w Azji Południowo-wschodniej Tajlandię, Laos i Kambodżę. Przygoda rozpoczęła się w lutym 2008 roku, trwała (z „małą” przerwą) 10 miesięcy. Wróciłem do Poznania pod koniec stycznia 2009 roku.


O długich podróżach marzy prawie każdy, jednak tylko niektórzy ruszają w drogę. Co sprawiło, że postanowiłeś zmienić marzenie w czyny?

Determinacja i splot różnych wydarzeń. W końcu doczekałem się odpowiedniego czasu! Opłaca się być cierpliwym, żeby rozsądnie podejść do tego wydarzenia! Dobrze jest wyznaczyć sobie cele pośrednie, konkretne, mierzalne, określone w czasie, realne do zrealizowania i ambitne, czyli SMART’ne ;).

Jak wyglądały przygotowania do podróży? Czy to był trudny proces? No i co z pieniędzmi? Spadek po cioci z Ameryki, bogaci rodzice, wygrana w loterii, czy może coś bardziej prozaicznego?

„Błyskawiczny sukces wymaga lat przygotowań” ;). Jest w tym wiele prawdy. Przygotowania same w sobie dają jednak mnóstwo radości! Podstawą są środki na bilet i nieco na start. Moje fundusze zbierałem sukcesywnie. Oszczędzając w Polsce na standardowych rzeczach, masz środki, by przeżyć nieprzeciętne przygody na drugim końcu świata!  Rzeczy zbędne sprzedałem (a każdy z nas ma ich mnóstwo – można przeżyć przynajmniej rok mając wyłącznie tyle rzeczy, ile jesteśmy w stanie zmieścić w placaku ;)). Należy też jednak zatroszczyć się o sprawy, które zostają za nami, na miejscu. Ważnym jest nauka języka, szczepienia, ustalenie limitów na kartach (w razie kradzieży – jaką ew. stratę możemy „przełknąć), a także zostawienie rezerwy finansowej na „nowy start” po ewentualnym powrocie.

Wiele osób rezygnuje z marzenia o podróżach, z obawy o swoje losy zawodowe i przyszłość (bo przecież nikt nie będzie chciał zatrudnić kogoś z roczną dziurą w CV no i trzeba płacić składki na ZUS, żeby zapewnić sobie emeryturę). Jak rozwiązałeś ten dylemat?

„Lepiej zrobić coś i żałować, niż żałować, że się nie zrobiło” ;)! O emeryturę w naszej rzeczywistości bardziej bym się martwił samemu, niż ufając państwu ;). Trzeba pamiętać, że możliwe, że wrócimy do Polski (choć wiele osób wybiera inne kraje widząc jakie są możliwości i styl bycia mieszkańców) i będziemy tutaj szukać pracy. W niektórych zawodach doświadczenie długiej podróży, może być postrzegane pozytywnie. Wiele osób w istotny sposób polepsza swe umiejętności językowe podczas pobytu za granicą. Dobrze wybrać taki moment w życiu, gdy albo nie mamy wiele do stracenia – można wziąć urlop dziekański w czasie studiów, albo zdecydować się na podróż w momencie, gdy i tak zamierzamy zmienić pracę. Mi udało się znaleźć trzecią drogę, mianowicie zdobyć urlop bezpłatny. Przedstawiciele wolnych zawodów mogą wykonywać pracę w czasie podroży, zdalnie.

Czy podróż zmieniła w jakiś sposób Ciebie i Twoje życie?

Jestem pewien, że tak! Jak mówi przysłowie: „podróże kształcą”! Podróżowanie daję Ci porównanie, że to, co jest przyjęte za normę, bądź coś niedopuszczalnego w Polsce, może być gdzieś indziej odbierane zupełnie odwrotnie. Zyskujesz dystans i luz w stosunku do wielu spraw. Zaczynasz dostrzegać, co jest naprawdę ważne. Z drugiej strony widzisz, że globalizacja to nie abstrakcja: ludzie na całym świecie używają przedmiotów tych samych marek, co my (bez kryptoreklamy ;)). Uczysz się bardzo doceniać to, co masz. Okazujesz wdzięczność, pamiętasz o bliskich (nie na zasadzie tęsknoty, ale radości, że w ogóle są). Widzisz, jak wiele uśmiechu mają w sobie ludzie, którzy materialnie mają wiele mniej niż przeciętny Polak. Ludzie ci potrafią się bezinteresownie dzielić tym, co mają. Będąc w obcym kraju, wśród pozornie obcych ludzi, zdany często tylko na siebie, uczysz się pokory i podziwu wobec Natury. Następnie czujesz, że Twój dom jest wszędzie, gdzie akurat się znajdujesz. Spotykasz fantastycznych ludzi, którzy są inspiracją dla Twego przyszłego, nieprzeciętnego życia. Twoja wiara w siebie rośnie, pozwala osiągać Tobie więcej niż byś myślał. Odpowiednio długa, szczególnie samotna podróż jest zawsze podróżą w głąb siebie…

Co jest najtrudniejsze w życiu po podróży?

Już dwa lata minęły od powrotu i… Wciąż tęsknię… Twoje życie nigdy nie będzie takie jak przedtem. Skojarzenia będą Cię przenosić w najodleglejsze miejsca. Z radością będziesz wspominać ludzi na drugim końcu świata. Często myślimy, że gdzieś indziej, jest lepiej – jest po prostu inaczej. Dobrze jest tak naprawdę wszędzie i w dowolnej sytuacji – to jest kwestia Twojego umysłu!



Jedna rada dla osoby, która chciałaby, ale boi się.

Nie bój się! Najprościej mówiąc: jeśli ktoś już to zrobił, to znaczy, że można, wiec i Ty możesz! Warto, bo takie doświadczenie wzbogaci Twoje życie na zawsze!

sobota, 24 stycznia 2009

Tajlandia 10.01.2009 - 24.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

TAJLANDIA cz. II


Bezpośrednio z Phnom Penh wykupiłem przejazd do Bangkoku, co okazało się dobrym rozwiązaniem (pewnie nawet tańszym niż na własną rękę meczenie się) – 15 USD.

Wahałem się na wybrzeżem Kambodży, Ko Chan w Tajlandii, bądź innymi wyspami południa Tajlandii i po rekomendacji spotkanego rodaka zdecydowałem się na Ko Pha Ngan, by moja w sumie roczna podróż zakończyć wakacjami w leniwym stylu. W końcu wyspy są w sumie podobne do siebie i nie ma sensu - moim zdaniem - „zwiedzać” kolejnych wysp. Najlepiej po prostu ulokować się w jednym miejscu i tam korzystać z życia, nie tracąc czasu na transporty (a na wyspach drogie – łódź).

Zgodnie w zamysłem uprzednim zakupiłem laptopa w Bangkoku oraz kilka drobiazgów i za 500 THB wykupiłem transport (bus i łódź) na Ko Pha Ngan. Podróż trwa 1,5 dnia i pewnie jest tańsza, a na pewno łatwiejsza niż organizowanie jej na własną rękę. Za bilet powrotny zapłaciłem 50 THB więcej niż w poprzednia stronę.

Towarzystwo było przemiłe! Spośród wielu przeuroczych osób (wielu z kursu yogi oraz samych gospodarzy Golden Rock - Mama&Papa ;)) najcieplej wspominam żywy archetyp amerykańskiego luzaka – John Luke oraz anarchistyczna Francuzkę – Carole! ;) Spotkałem tez rodaczkę Anię będącą na kursie instruktorskim wszechobecnej yogi.

Na Ko Pha Ngan rekomendowany bungalow Golden Rock wynająłem za 140 THB / dzień. Motorek oferował właściciel za 80 THB / dzień (benzyna 20 THB – stacja benzynowa, 35-40 THB „z butelki” na straganach). Sauna 40 THB. W ogóle dość obfita miał ofertę! ;)
Na KPN ku mojemu zdziwieniu brak przeuroczych plaż. Są – ale krótkie – kiepsko się na bieganie nadają. :(
KPN słynie z „księżycowych” imprez. Ja się załapałem na „Half Moon Party”, które to ponoć lepsze jest od najbardziej znanego „Full Moon Party”, które jest wybitnie masowa impreza.
Bywają tez imprezy m.in. w Pirates’ Bar (techno trance). Kosmos – pierwszy i chyba ostatni raz na tak imprezę się wybrałem! ;) Ciekawe miejsce do obserwacji „socjologicznych” – historie jak z filmów...

Super jest spać sobie pod namiotem na plaży, a przed snem wciągnąć z laptopa filmik ;)!

Przejażdżka motorem jest sama w sobie fajna atrakcja.

Nie moglem odmówić sobie treningu Muay thai w Thongsala (350 THB, ~ 10 USD).

Szczególnie polecana jest szkoła yogi Agama (www.agamayoga.com) . Bylem na wykładzie o seksualności tantrycznej oraz darmowym dniu kursu (normalnie 300 THB / dzień). KPN jest wspaniałym miejscem na stacjonarny wypoczynek oraz kurs np. yogi (cykle miesięczne), muay thai, gotowania, nurkowania, bądź masażu.
Na słoniach można się za „złodziejskie” 400 THB za 1/2 h przejechać (normalnie 200 THB/1h).

Indywidualne treningi na plaży dają dużo radości.

Akurat, gdy bylem w miejscach do „snorkelowania” pogoda była kiepska i nie radzili próbować... :(



W całej Azji Płd.-wsch. masaże są bardzo popularne. Za masaż w Tajlandii na totalnej wsi, wykonywany przez niewidoma kobietę zapłaciłem 100 THB / 1h. W Kambodży – 5 USD, ale miałbym zastrzeżenia, co do jakości, choć było przyjemnie.

Bangkok jest świetnym miejscem na zakupy! Szczególnie rzeczy, pirackie CDs/DVDs i elektronika ;) (Pantrip Plaza)!

Garnitur na miarę uszyje Tobie:
Sak Fashion
127/17 Rajprarop Rd., Makasan
Rajthevi, Bangkok 10400
Tel. 02 248 2858
089 0148895, 086 8204746

sobota, 10 stycznia 2009

Kambodza 1.01.2009 - 10.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

Termin: 1-10.I.2009

Wiza: w Vientiane w Ambasadzie Kambodży. Jeden dzień. 20 USD.

Waluta: riel. 1 USD = 4.000-4.115 KHR.
Bankomaty pobierają pokaźną prowizję za obsługę kart zagranicznych.
Lepiej wymienić USD i płacić w walucie narodowej, szczególnie na ryneczkach.

Miejsca i ludzie: Z Laosu, Czterech Tysięcy Wysp do Phnom Penh, stolicy. Tam dziele pokój z Joshem, Niemcem. Podczas kolejnego pobytu w stolicy spotykam rodaka – Grzegorza.
Następnie do Siam Reap (Kompleks Świątyń Angkor). Stamtąd z powrotem do Phnom Penh, by odebrać wizy tajlandzka (35 USD). Bezpośrednio do Bangkoku, Tajlandia.

Spanie: w Phnom Penh w #10 Guest House, Lakeside (2 USD / 2 os. pokój). Siam Reap pod namiotem (piękne niebo można podziwiać leżąc w namiocie), w samym mieście Garden Village (1 USD / „dormitorium” – łózko z moskitiera pod daszkiem).

Jedzenie: największą ciekawostką były pieczone pająki, które udało mi się tylko raz “namierzyć” w drodze ze stolicy do Świątyń Angoru. Malutkie dziewczynki kładą na siebie wielkie żywe tarantule, jak maskotki na ramiona;)!
Jadłem tez węża smażonego, ale mało mięsa i trudno się było nim najeść.
„Happy/ecstatic pizza” dostępne.

Transport: najwygodniej i możliwe, ze najtaniej jest jednak wykupić transport w agencjach turystycznych. Z Phnom Penh do Siam Reap bilet kosztował mnie 4 USD, z powrotem 4,25 USD
(17.000 riel) – drożej nieco niż w druga stronę. Bilet do Bangkoku 15 USD.
Kierowcy tuk tuków są mega meczący... Ile razy można mówić „nie, dziękuje”?!


Phnom Penh.
Można znaleźć bardzo przystępne zakwaterowanie, w “cool” "backpackerskim" stylu. Nieco dekadenckie jest, meczą niekończące się oferty zakupu narkotyków, bądź seksu za pieniądze...
W guest housie jest za to muzyczka przyjemna, możliwość oglądania DVD (jeśli akurat nie jest popsute, jak to miało miejsce, gdy ja tam bylem).

Muzeum Ludobójstwa - Tuol Sleng - jest dość dramatycznym przeżyciem (2 USD)...

Muzeum Narodowe (3 USD), potwierdza regule, ze warto w stolicy takowe odwiedzić.

Pałac Królewski i Srebrna Pagoda (25.000 riel) w porównaniu z Bangkokiem wypadają dość blado i drogo...

Świetne miejsce do robienia zakupów: są przynajmniej trzy porządne targowiska (Russian Market, Central Market, O Russei Market). DVDs/CDs 2,5/1,5 USD, choć pirackie wersje programów nie zawsze są dobrze „scrackowane”. Udało mi się nabyć świetny plecak „deuter” 50l za 20 USD. Polecam! J

Trafiłem dość przypadkowo w niedziele na „msze” do kościoła, jak się później okazało – Metodystów (ICF). Bardzo interesujące doświadczenie. Respect.

Tradycyjnie warto wypożyczyć rower, by się poruszać po mieście (1 USD / dzień).

Załapałem się tez na masaż, ale miałem wrażenie, ze przyjemny – owszem – był, ale chyba mało profesjonalny. Ten w Tajlandii bardziej mi przypadł do gustu.


Siam Reap.
Samo miasto strasznie turystyczne. Ja od razu wypożyczam rower („rzęch” 4 USD/3 dni) i z namiotem udałem się na zwiedzanie świątyń. Był to świetny pomysł. Świątynie są od siebie oddalone czasem o kilkadziesiąt kilometrów. Przejażdżka rowerem jest przemiłym przerywnikiem miedzy jednymi a kolejnymi ruinami.

Czasem chcą depozytu i zostawienia paszportu przy wypożyczeniu roweru. Najlepiej od razu wyjaśnić sytuacje, by nie było niemiłych zaskoczeń po np. godzinnym doprowadzaniu roweru do stanu używalności.

Kompleks Świątyń Angkoru jest zachwycający. Ja wykupiłem bilet na trzy dni (40 USD). Lepiej płacić w USD, bo maja straszny przelicznik na riele.

Pierwszego dnia wstałem na wschód słońca w Angkor Wat. Moje trzydniowe zwiedzanie zakończyłem zachodem słońca w tymże miejscu – uroczo, choć o intymności i mistycznych przeżyciach dzięki innym turystom paradoksalnie pragnącym tego samego można zapomnieć. Policja turystyczna pozwoliła mi się rozbić na ich terenie zaraz przy kasach.
Drugi dzień poświeciłem na obejrzenie najdalej wysuniętych na północ w mojej trasie ruin Kbal Spean (głownie płaskorzeźby w/przy korycie rzeki), a także wielce interesujące Muzeum Min Lądowych pana Aki Ra (po drodze, 1 USD).
Ostatni dzień przypadł na Roluos Group. Przemiło było, gdy jadąc przez wioskę naprawdę każde dziecko pozdrawia mówiąc „hello”! J
Milo, ze „miejsca, gdzie król chodzi pieszo” są czyściutkie i jest ich stosunkowo wiele.


Jest prawda, co słyszy się od innych turystów, ze w Kambodży jest wiele kalek, żebraków. Mimo to dla mnie Kambodża była miłym zaskoczeniem. Ludzie w większości byli przyjaźni i uśmiechnięci. Należy uważać na wątpliwej jakości „zaloty” prostytutek próbujących chwycić za przyrodzenie pragnąc zdobyć klientów...

Kierowcy tuk tuków są straszni...

SERVAS w Azji Płd.-wsch. To totalna porażka...

Internet 1.500-2.000 KHR/ 1h.

czwartek, 1 stycznia 2009

Laos 15.12.2008 - 1.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

LAOS

Termin: 15.XII.2008 – 01.I.2009.

Wiza: 30 USD na granicy.

Waluta: kip. 1 USD = 8.500 LAK.

Miejsca i ludzie: przekroczyłem granice Chiang Khong (Tajlandia, północny-wschód) / Huay Xai (Laos). Spotkałem tam Craiga, Anglika, znajomego z Chiang Mai. Az do Vientiane podróżowaliśmy razem po Laosie. Z Huay Xai udałem się w rejs po Mekongu, który trwał dwa dni (z noclegiem w Pakbeng, gdzie dobiłem do „trzydziestki” ;)). Miejscem docelowym był Luang Prabang (u armatora 920 THB lub 220.000 LAK, ~ 85 PLN). Zdecydowaliśmy się z Craigiem na treking na północy Laosu, miedzy innymi kuszeni wizja spotkania mniejszości etnicznych – plemion górskich. Z Luang Prabang udaliśmy się do Luang Nam Tha (autostop nie działa w Laosie – dajcie sobie spokój – szkoda czasu i może się trafić, ze „dobrodziej” zażąda zapłaty wyższej niż za publiczny autobus. Nie trzeba płacić oczywiście, ale jakoś nieprzyjemnie zaś...). Z Luang Nam Tha pojechaliśmy do Muang Sing (bardzo zimno w nocy). W autobusie spotkaliśmy Anglika Adama i Francuzkę Karen. Na północ od Muang Sing odbyliśmy treking po okolicznych wioskach. Z Muang Sing ta sama droga wróciliśmy do Luang Prabang, skąd udaliśmy się do Vang Vieng. Stamtąd do stolicy – Vientiane, gdzie spędziliśmy Święta Bożego Narodzenia i rozstaliśmy się z Craigiem (musiał odebrać chińską wizę w Luang Prabang). Ja udałem się do Pakse, gdzie miałem nadzieje na kolejny trekking w nieco cieplejszym klimacie. Następnie udałem się bezpośrednio na Cztery Tysiące Wysp (Four Thousand Islands), gdzie obchodziłem Nowy Rok z Alonem i Aronem (Izrael). Granice przekraczałem na południu Laosu kupując bilet na wyspach bezpośrednio do Phnom Penh, Kambodża (12 USD, choć można za 11 USD).

Spanie: ze względu na towarzysza (dzielenie kosztów noclegu na dwóch) oraz cenowa dostępność guest house'ów, a także skuteczne negocjacje cenowe korzystaliśmy z bazy noclegowej, raz jeden z namiotu.

Jedzenie: zasadniczo z mojego doświadczenia żarełko podobne do tajlandzkiego, choć najtańszy uliczny posiłek minimalnie droższy od tego w Tajlandii. Lepki ryz (sticky rice) w bambusie był ciekawostka oraz sandwiche w Luang Prabang (10=>8.000 LAK – kip = nieco mniej niż 1 USD).
Na Cztery Tysiące Wysp ryneczkowe jedzenie jest dość rzadkie i często korzysta się z restauracji, gdzie oczywiście ceny są nieco wyższe.
Już w Pakbeng można się natknąć na pieczone szczury J!
Beer Lao jest kultowym napitkiem – jak na piwo nawet dobre (pewnie piwosze mnie przeklną ;))!

Transport: daj sobie spokój ze stopem. Bus publiczny – uwaga! W większości przypadków głównie rano wyjeżdżają i mimo tego, ze Laos jest stosunkowo nieduży podróż trwa wieki i publiczne autobusy są mało komfortowe. Ku mojemu zdziwieniu chyba jednak czasem taniej wychodzi rezerwowanie przejazdów w „hubach” turystycznych. Mila rzeczą jest, ze w cenę jest wliczony dowóz do np. dworca autobusowego.
Laotańczycy kiepsko znoszą jazdę autobusem – haftują jak najęci! ;) Jak masz pecha to załapiesz się na „kwadrofonie” – sound effecty z czterech stron ;)!
Nie jest rzadkością karmienie piersią w „marszrutce” – bez krępacji;)!


Huay Xai.
To miejsce się tylko mija – tranzyt.
Bilety na szybka / wolna łódź (speed / slow boat) można kupić po obu stronach granicy. Taniej jest oczywiście w Laosie, choć różnica miedzy agencja a bezpośrednim przewoźnikiem jest naprawdę niewielka.
Do przystani jest naprawdę niedaleko – 10 min. Można - nie trzeba - brać tuk tuka.
Kantor na granicy oferował najlepszy kurs wymiany USD na kipy na jaki trafiłem w Laosie, wiec jeśli ktoś chce wymieniać pieniążki to właśnie tutaj. Ponadto bankomaty są ogólnodostępne (chyba, ze się akurat popsuja, jak nas trafiło w Luang Prabang ;)).


Pakbeng.
Kolejne miasto wyłącznie noclegowo-tranzytowe. O 22-ej koniec elektryczności / prądu. Fajny klimat oglądać ludków siedzących przy świecach w domach ;)!
Rejs po Mekongu jest naprawdę miły i obawiałem się, ze zanudzę się na śmierć, a jednak podróż minęła bardzo przyjemnie i wysiadając w Luang Prabang miało się odczucie: „Co?! To już jesteśmy?!” ;). Lodka jest w 95% wypełniona farangami (południowo-wschodnimi „gringo” ;)).
Można wykupić łódkę tylko do Pakbeng i tam przesiąść się na autobus jadący na północ, jeśli komuś droga akurat tamtędy wypada. W sumie byłoby to bardziej optymalne rozwiązanie ze strony logistycznej, ale sam rejs był przygoda sama w sobie, wiec nie żałuje J.
Restauracje serwują muzyczkę pod publikę zachodnia: Manu Chao, Bobby, Jack Johnson. Tak właśnie swa „trzydziestkę” spędziłem J!
Miłym wydarzeniem było spotkanie przeuroczej Polki na łódce, która z zawodu jest przewodnikiem, a właśnie odbywała samotna podróż po Azji Południowo-wschodniej
(mimo - jakby to ująć... sporego doświadczenia ;)?!).


Luang Prabang (UNESCO).
Bardzo przyjemne miasto, mimo, ze najbardziej turystyczne z całego Laosu.
Dobra jakość, ale raczej drogie noclegi (50-70.000 LAK, ~ 6-8 USD za dwójkę).
Szczególnie polecam Seng Phet Guest House – darmowe banany i kawa/herbata J!
Bardzo ładne souveniry (udało nam się wynegocjować za dwa kangurki 90.000 LAK, ~ 4 USD / szt., ale nie było rozmiarów L), nocny ryneczek ze smakołykami (kanapeczki, bufet wegetariański i nie tylko, naturalne soki owocowe).
Miasto słynne jest w mnogości watów (świątyń buddyjskich).
Polecam Wat Xieng Thong (20.000 LAK, ~ 2,5 USD).
Można faktycznie (choć w Chiang Mai nie było to rzadkością) zobaczyć mnichów wychodzących rankiem po jedzenie (zywia się tym, co im ludzie dadzą, a idea jest taka, ze to właśnie mnisi „robią łaskę” ludziom, ze pozwalają się obdarować, czym to wierni zyskują „dobry uczynek” – mnie tez w sumie mogliby obdarować czasem ;) – co się zdarzało de facto J!
Po małym przesycie watów udaliśmy się na wycieczkę (wraz z Suranga z Kanady / Sri Lanki) do jaskini Pak Ow (50.000 LAK – droga, jak za wyłącznie spływ lodka). Po drodze wysadzają w wiosce, gdzie czerpie się papier „sa” naturalnymi metodami oraz kolejnej wiosce, gdzie robią whisky oraz tkają. Ponadto należy uiścić opłatę za wejście do jaskiń, które kryją mnóstwo posagów Buddy (20.000 LAK).
Należy uważać, bo czasem jak autobus jest pełen może odjechać np. 3h przed planowanym odjazdem... Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło: próbując mimo wszystko stopować (bezskutecznie) widzieliśmy kolesi paradujących z kałachami (AK-47) po drodze...


Luang Nam Tha.
7.500 LAK, ~ nieco mniej niż 1 USD tuk tuk do miasta (~ 14km).
Miejsce, które słynie z możliwości „podglądania” mniejszości etnicznych. My wypożyczyliśmy rowery (co było super pomysłem) i zrobiliśmy sobie przejażdżkę po okolicy – bomba! Rankiem można „podejrzeć” np. stare kobiety palące pewnikiem opium z fajek.
Robiłem zdjęcia map wszędzie, gdzie się dało (inf. turystyczna, agencje turyst.), ale jakość topografii jest bardzo słaba. Często są to mapy odręczne i maja charakter wyłącznie poglądowy – nie można na ich podstawie wybrać się na treking.


Muang Sing.
Jedno z miast najbardziej wysuniętych na północ, podobnie jak Luang Nam Tha szczycące się bogactwem mniejszości etnicznych. Agencje turystyczne oferują wiele trekkingów, z możliwością nocowanie u rodziny (2 dni za 300.000 LAK, ~ 25 USD), co wydaje mi się kolejna ściema, ze to niby autentyk – jak może być oryginalnym przeżyciem coś, co ci ludzie robią na co dzień? Mniejszości etniczne można zobaczyć choćby na targu w samym mieście (kobiety w etnicznych strojach, z tradycyjnymi fryzurami). My zrobiliśmy sobie trek indywidualny – miał być dłuższy, ale w ciągu jednego dnia zobaczyliśmy dość i z opinii osób, które były dłużej zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia (np. już po raz wtóry kobiety kąpiące się w sarongach w rzece, tym razem nawet topless ;) – choć ze względu na ich wiek raczej nie było na co patrzeć ;)). Naprawdę niskie temperatury nocą nie zachęcają tez do spania pod namiotem. Z „highlightow” niezapomnianym przeżyciem było przedzieranie się przez dżungle (łatwo zgubić szlak/ścieżkę) i się zgubić. Widzieliśmy myśliwego ze strzelba na polowaniu. Z ciekawostek: wioski maja swego rodzaju bramy chroniące wioskę przed złymi duchami (nie należy jej dotykać). Z niemiłych doświadczeń dzieci żebrają w wioskach i raczej nawet nie chce się robić zdjęć, bo człowiek czuje się intruzem w czyimś domu... Jako kontrargument zaproszono nas na imprezę w środku dnia (Akha akurat Nowy Rok obchodzili) i poczęstowano nas jadłem i napitkiem (lao lao – samogon ichni – cieniasy zachodnioeuropejskie nie mogli przełknąć ;)) J! Rękodzieło jest raczej wątpliwej jakości i wciąż ma się wrażenie, ze „lokalsi” widza w turyście wyłącznie USD...
Ogólnie Muang Sing to dolina – o 22-ej prawie brak ludzi na ulicach i tylko nieliczne restauracje jeszcze są otwarte. No i oczywiście MEGA zimno...

Mini-przygoda. Ponieważ Muang Sing jest – jak już wspomniałem - mega depresyjne, chcieliśmy się za wszelka cenę stamtąd wydostać. Autobusy już odjechały, stop oczywiście nie działał, nawet w wacie nie pozwolili nam rozbić namiotu / przespać się. Przy pomocy Phrasebooka Lonely Planet dopytaliśmy się o „accomodation” i trafilismy na nasz najlepszy nocleg za oferowaną cenę (60=>30.000 LAK, ~ 2,5 USD / dwojka). Super elegancko, czyściutko – tip top, a na dodatek super pyszne jedzenie pod nosem. Z powodu opóźnienia kelnerskiego bonusowo zaserwowano nam gratis sandwiche, co zakwalifikowało się (sic! ;)) na napiwek J! Polecam: Tinthard, przy drodze do pagody - Chiang Tung G.H., Phou That Lodge.


Vang Vieng.
Szkoda, ze się na Boże Narodzenie do Vientiane spieszyliśmy (gdzie jest kościół katolicki), można spokojnie milo z 2-3 dni tam spędzić.
Vang Vieng słynie z tubingu – spływu rzeka na oponie, czego my nie zdarzyliśmy zrobić (55.000 LAK, ~ 5 USD).
Wypożyczyliśmy natomiast rowery (15.000 LAK, ~ 1,5 USD) i mieliśmy super przejażdżkę połączoną ze zwiedzaniem jaskiń oraz kąpielą w Blue Lagoon.
W mieście serwują turystom telewizyjnie „Przyjaciół” i „Simpsonów” w restauracjach.
Wieczorami musowym punktem programu jest wybranie się na imprezę, z muza zachodnia oraz słynnymi „bucketami”, czyli wiaderkami z napitkami alkoholowymi (10.000 LAK, ~ nieco więcej niż 1 USD).
Okolica jest naprawdę śliczna, a zabytków zero – i ok! J


Vientiane.
Większość osób jest rozczarowana stolica – mnie się całkiem podobała. Jak na największe miasto kraju jest naprawę spokojna i „tyci”. Istnieje możliwość skorzystania z atrakcji wielkomiejskich np. ryneczków i sklepów. Na długą podróż do Pakse przezornie zakupilem (przepłacilem) mp3-playera – taki prezent gwiazdkowy ;)!
Boże Narodzenie z msza prowadzona przez Azjatę w trzech językach (lub czterech – wietnamskiego nie rozpoznaje) w kościele katolickim było także miłym przeżyciem (wcześniej „międzynarodowa” spowiedź J). Pamiętać należy, ze mimo wszystko Laos jest komunistycznym krajem (mimo nazwy LDPR – Lao Democratic Peoples Republic) i kościół boryka się z problemami, wiec – ku naszemu zaskoczeniu i rozczarowaniu – nawet nie mogliśmy rozbić namiotu w pobliżu kościoła... No cóż...
Po późnej mszy (o 20.30) zanim dotarliśmy do miasta, już prawie wszystko było zamknięte. Wigilijna kolacje zjedliśmy na ulicy! J Poprawiny były dnia następnego w Indyjskiej knajpie w samym centrum miasta – bardzo burżujsko – obsługi więcej niż gości ;)! Chicken tikka i masala (170.000 LAK, ~ 15 USD / 2 os.).
Pięknym przeżyciem było spotkanie dwóch przemiłych rodaków – Paweł & Irek - mieszkających w stolicy Laosu, oraz spędzenie w nimi kolejnych dni Świąt. Wykazali się iście polska gościnnością i szczodrością. Pięknie! J
Ogólnie noclegi drogie. Nam udało się znaleźć „norę” bez okien za 50.000 LAK, ~ 4 USD i często maja „full”.
Śmiesznostka: gdy szukaliśmy miejsca na namiot, trafiliśmy na gościa, który nas uprzedził z hamakiem w środku miasta, na skwerku zieleni ;)!
Czekając na wizę kambodżańską udałem się do Buddha Park (5.000 LAK, ~ 0,5 USD + ew. za aparat). Autobus nr 14 z Morning Market (5.000 LAK, ~ 0,5 USD). Zbiorowisko współczesnych rzeźb buddyjskich i hinduistycznych – taki „freak of nature”! ;)
Zawsze warto zorientować się, co akurat się dzieje z „eventow” – czasem można dobrze trafić. Ja akurat minąłem zawody boksu laotańskiego L.


Pakse.
Wbrew wcześniejszym planom trekkingowym szybko opuściłem to miejsce ze względu na brak dostatecznej informacji, choć można ponoć pożyczyć motorek i zwiedzać okolice: wodospady, wioseczki (Bolaven Plateau).


Cztery Tysiące Wysp.
Kieruj się na Ban Nakasang. Piękne miejsce – moje ulubione po Vang Vieng. W rzeczywistości trzy wyspy są dostępne dla turystów. Największa, najbardziej turystyczna z oczywistych powodów kwalifikuje się po „skipniecia”. Don Det i Don Khon są milutkie – bungalowy przy Mekongu, spokój raczej. Elektryczność jest 4h dziennie (18-22), zaś cisza.
Sylwester był moim najkrótszym w życiu, bo o 1-ej nastąpił koniec muzyki... Party darmowe było na plażyczce, z muzyką, ogniskiem, poikami (firestarter).
Na Don Khon, gdzie nocowałem są naprawdę śliczne wodospady (Kon Lyphy, Khone Somphamid).
Z tymi delfinami słodkowodnymi to ponoć gra nie warta świeczki – jest ich mniej niż 10 i zobaczyć można wyłącznie z daleka, jeśli akurat pora odpowiednia (sucha, miesiąc III/IV) oraz pora dnia tez (rano i wieczorem).
Jeden minus, ze nie można raczej pływać w Mekongu. Wszystko jest: wyspa, słonce, woda, ale bez możliwości kąpieli... :(
Warto wykupić przejazd do Kambodży na miejscu – nawet nie wiem, czy nie wyszło taniej, a na pewno sprawniej i mniej stresowo. Polecam tak uczynić.

Na granicy Laotańczycy kasują 2 USD za „nic” (pieczątkę wyjazdowa). Bylem w takim szoku i wszystko działo się tak szybko, ze „zabuliłem”. Khmerowie żądają 1 USD i tu wykazałem się bystrością umysłu i już nie dałem się oskubać – po prostu trzeba być zdecydowanym i obstawać przy swoim – nie place i już! Najpierw kręcili nosem, a zaś stwierdzili „ no dobra, tylko idź szybo!” (żeby inni nie widzieli).



Ogólne wrażenie: wszystko, co napisze Lonely Planet do czasu wydania jest już nieaktualne... Przynajmniej jeśli chodzi o klimat i atmosferę Laosu. Miało być nie wiadomo jak milo, wszyscy uśmiechnięci, brak rzesz turystów, tanio itd. Już nie – może kiedyś... Często Laotańczycy nawet się nie „odsmiechuja... L
W Laosie zabudowa raczej bambusowa, ale jeden z kierowców tuk tuka zabrał nas do domu i ku naszemu zaskoczeniu TV&DVD na klepichu stoi ;)!
Nie jest rzadkością ujrzeć buddyjskiego mnicha kurzącego fajurę ;)! („Nasi tez pala fujary ;)).
Trudno by zezwolili się gdziekolwiek rozbić – nie pozwalają. Tajlandia pod tym względem jest wiele bardziej przyjemna.
Informacja turystyczna w Vientiane (stolica) – beznadziejna... Trafiliśmy akurat na starego pryka, co tylko po francusku mówił i nawet nie pozwolił zostawić plecaków – skandal...
Na dodatek jak na złość nie Laotańczyk, jeno Angol pewnikiem jakiś w restauracji mnie źle skasował L - no cóż był sylwester, wiec odpuściłem...

Ogromna różnica miedzy podróżowaniem w Ameryce Południowej i tutaj. Tam byliśmy bardziej wyizolowani od „gringos” – tutaj wciąż się dusi w tym samym sosie... Ma to plusy i minusy: człowiek nie czuje się sam, zawsze można z kimś pokonwersować (bo „lokalsi” nie pracujący w turystyce rzadko mówią po dostatecznie dobrze angielsku), z drugiej strony jest to po pewnym czasie meczące – patrzenie na pijanych, głośnych Angoli, w koszulkach Beer Lao, rozbijających się po „zachodnich” knajpach i żłopiących browar gdzie popadnie... Po co jechać aż do Laosu, by się tak zachowywać?! ;)

Idiotyczna sprawa jest, ze w Laosie dworce autobusowe w większości miast są bardzo daleko za miastem (nie na dystans pieszy). W obliczu powyższego korzystają z tego faktu kierowcy tuk tuków żądając niebotycznych kwot za podwózkę do miasta (np. 10.000 LAK za 15 minut jazdy w porównaniu z biletem autobusowym za 30.000 LAK za 6 godzin podroży). Wniosek: im więcej osób, tym taniej. No i targować się bez skrupułów...

Norma są jaszczurki smykające po suficie, ścianach, karaluchy, pająki w pokoju – no fear ;)!

Narkotyki i „tuk tuk bum bum” łatwo dostępne.

Równinę Dzbanów (Plain of Jars) ze względu na ograniczona ilość czasu podarowaliśmy sobie (jeden dzień podróż, jeden zwiedzanie i powrót ta sama droga).

W Laosie zasadniczo nie znają koncepcji targowania się – nie chcesz za ta cenę, to nie! ;)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Tajlandia 1-15.XII.2008

http://www.picasaweb.google.com/micwasik


Tym razem nieco inaczej opisze swe podróże - zamiast formy dziennika spróbuję po prostu w skrócie opisać każdy kraj z podziałem na:

- termin

- wiza

- waluta

- odwiedzone miejsca & ludzie

- spanie

- jedzenie

- transport

no i najważniejsze wrażenia :)!



TAJLANDIA cz. I


Lot z Warszawy do Moskwy trwa dwie godziny. Dalsza część zajmuje 10 godzin z Moskwy do Bangkoku (teoretycznie). Aeroflot życzy sobie 3.000 PLN za ta przyjemność. Podróż powrotna zajęła mi od wstania z podłogi ;) do dotarcia do własnego domu ok. 28 godzin.

Miałem wiele szczęścia, ze leciałem do a nie z Tajlandii, ponieważ mnóstwo turystów na skutek zablokowania lotniska w Bangkoku została uwieziona w Tajlandii. Ich sytuacja na lotnisku w U Ta Pao była nie do pozazdroszczenia... L


Termin: Moja pierwsza część wizyty w Tajlandii miała miejsce miedzy 1-15.XII.2008 (15 dniowa wiza).


Wiza: Za wizę na lotnisku w U Ta Pao zapłaciłem niestety 40 USD (lub 1.000 THB, ale nie miałem lokalnej waluty).


Waluta: baht. 1 USD = 35 bahtów.


Miejsca i ludzie: Zacząłem w U Ta Pao, gdzie (zamiast w Bangkoku) mnie wysadził Aeroflot.

Następnie pojechałem do Pattaya, gdzie spotkałem się z Kola i jego znajomymi z Rosji. Pojechaliśmy później do Bangkoku. Zaś już sam udałem się do Ayuthaya, następnie Sukhothai. W Chiang Mai spotkałem się z Alla z Rosji i do końca mojego pobytu w Tajlandii podróżowaliśmy razem. W Chiang Mai spotkałem tez Anglika Craiga, z którym oprócz tegoż miasta zwiedziliśmy także Laos (aż do Vientiane podróżowaliśmy razem), gdzie się rozeszły nasze drogi. Z Alla jeździliśmy na stopa dużo, miedzy innymi do Mae Hong Son, Chiang Rai, Chiang Sean, Zloty Trójkąt i Chiang Khong (granica tajlandzko-laotańska).


Spanie: Za noclegi nie płaciłem, bo w Pattayi, Bangkoku (Kola) oraz w Chiang Mai (Lucy) znalazłem hostów. Pozostałe noce spędziłem pod namiotem (cieplutko). Namiot zakupiłem na Khao San Rd. za 1.000 THB (całkiem solidny). Można kupić iglo w supermarketach za 500 THB.


Jedzenie: Tajlandzkie jedzenie jest przepyszne i wielce różnorodne w porównaniu z Laosem i Kambodża. Ryneczki są cudowne! J Głównie żywiłem się na ulicy, czyli zupki makaronowe (noodle soup), smażony ryz (fried rice). Mnóstwo świeżych owoców krojonych lub w shake’ach. W Chiang Mai można skosztować smażonych insektów. Pyszna jest zupa tom yam (ostra). Ogólnie jedzenie jest ostre, a jeśli komuś mało, to na stole znajdziesz zestaw, który sprawi, ze Twoje podniebienie zapłonie ;)! Khao niao – lepki ryz (sticky rice) do każdej potrawy! J Dużo tanich owoców morza (np. pa myk – kalmary, po ang. squit).


Transport: Przemieszczałem się taksówka (450 THB \ 3 os. z U Ta Pao do Pattayi), motorkiem z Pattayi do Bangkoku (po drodze ponoć najdłuższy na świecie wiadukt – 55 km), pociągiem z Bangkoku do Ayuthayi, autobusem z Ayuthayi do Sukhothai i Chiang Mai, a zaś prawie wyłącznie na stopa (w Tajlandii bardzo łatwo, bo dużo pick-upów; można się np. załapać na gitarę na „pace” i przyśpiewywać sobie w rytm wiejącego wiatru) ;)!



Pattaya.

Była raczej miejscem, gdzie zdobyłem informacje dot. dalszej części podroży. Samo miasto nie podobało mi się, mimo kilku miłych chwil w towarzystwie osiadłych tam Rosjan.

Miasto słynie głównie z resortów oraz seksturystyki.


”High lightami” był widok na miasto ze wzgórza, pierwsza jazda motorkiem, puszczanie nocą latawców podgrzewanych ciepłym powietrzem, pierwsze świątynie buddyjskie (m.in. 20 km od Pattayi oddalona Anek Kusala Sala – Viharna Sien, 50 THB) z makabrycznymi przedstawieniami kar za grzechy po śmierci oraz świątynia chińska z posagami 19-u stylów kung fu Shaolin.


Bangkok.

Najciekawszym wydarzeniem były urodziny króla (5.XII.). Na głównym placu jedzenie i pitku za darmo, Pałac Królewski za darmo (normalnie 300 THB), wieczorem wielka impreza wraz ze sztucznymi ogniami, koncertami, pokazami tańca i muay thai!

Kosmicznym akcentem był podkład muzyczny do tajskiego boksu – DJ Tronik z Bełchatówka!!! ;)


Wybrałem się tez na oficjalne zawody muay thai (1.500 THB, słono...) w sali widowiskowej Ratchadamoen Stadium. Fascynujące były okrzyki publiczności za każdym silnie zadanym ciosem, bądź kopnięciem J. Robi się tez w trakcie walk zakłady, ale ich reguły nie są dla mnie jasne... L


Pałac Królewski jest naprawdę śliczny - zapiera dech w piersiach i zwiedzanie jest przyjemne, mimo rzesz turystów. Z ciekawostek: nawet niektórzy chcieli sobie ze mną zdjęcia robić! ;)


Na Khao San Road (mekka „backpackerów” – vide film „The Beach” z Leonardo di Caprio) można kupić legitymacje dziennikarska oraz ISIC za 250 THB, a także certyfikaty TEOFL nieco drożej (choć uczelnie te ponoć weryfikują).


Ze świątyń odwiedziłem m.in. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy, 50 THB) i Wat Arun (architektura khmerska, 50 THB).



Ayuthaya.

Wiele świątyń XIV – XVIIIw. rozrzuconych po mieście – byłej stolicy Tajlandii. Architektura khmersko-Sukhothai. Najlepiej chyba zwiedzić na rowerze, ale jako, ze ja żadnej wypożyczalni znaleźć nie moglem odwiedziłem wszystko "z buta". Fajne, ale za każdą małą rzecz kasują (prawie) i praktycznie tylko z zewnątrz można oglądać, wiec nie zawsze warto płacić ;)! Przy okazji napomknę, ze za bardzo nie sprawdzają, czy ma się bilet czy nie ;)!



Sukhothai (UNESCO).

Próbowałem się na stopa wydostać z Ayuthayi, ale robiło sięsięciemno i nie

bardzo wiedziałem, który z 5 pasów mknie w kierunku mojego celu, wiec

podróżowałem autobusem (231 THB), a nad ranem przespałem się pod namiotem na

dworcu autobusowym. Z praktycznych wskazówek - dworce posiadają toalety

publiczne :)!


Sukhothai (100 THB miasto wewnętrzne, kasują tyle samo za zewnętrzne, ale sprawdzają tylko w jednym miejscu bilet ;) oraz 10 THB za rower) bardziej mi przypadło do gustu niż Ayuthaya, ponieważ świątynie w sumie podobne do tych z Ayuthaya były rozrzucone jakby po

parku, nie po mieście. Tym razem udało mi się wypożyczyć rower (świetny pomysł – zasadniczo wszędzie, gdzie można było, wypożyczałem rower i nigdy nie żałowałem J, 30 THB/dzień) i bardzo milo zwiedziłem co trzeba.


Z ciekawostek: zagadnął mnie Taj, gdy sobie wertowałem przewodnik i

zagadywał, uczył nieco tajskiego, nieco spłoszony był nie wiedzieć czemu (jeszcze wtedy nie wiedziałem ;)), ale chciałem być miły i kontynuowałem rozmowę, dopóki się nieco już nie przeciągała i w momencie, gdy chciałem się ulotnić, nowo poznany kolega usilnie

trzymając moja dłoń podana w geście pożegnania wskazywał niecierpliwie

na toaletę. Na to odrzekłem, ze ja nie muszę i "nara", a on na to

próbował mnie druga ręką za "klejnoty" chwycić! Na szczęście kung fu się przydało i druga ręką poczyniłem bloczek ;) i pożegnałem młodzieńca...

No cóż... Tajlandia... Później jeszcze podobnych sytuacji się spotka kilka...


Z Sukhothai próbowałem wydostać się stopem i... udało się! Nieco...

Jakoś się nie dogadaliśmy po angielsku i moje dobrodziejki zabrały mnie

do swego domu. Stwierdziłem, ze trzeba skorzystać z nadążającej się okazji, by zobaczyć jak naprawdę żyją Tajowie na wsi. Wizyta okazała się całkiem pouczająca, dowiedziałem się m.in., ze koleżanka pracuje w salonie masażu w Johannesburgu (?) i niektórzy klienci po masażu "chcą czegoś więcej". Była przesympatyczna. W życiu bym nie pomyślał, ze de facto jest prostytutka... Wersja oficjalna dla rodziców jest, ze pracuje w butiku. Jakoś chyba zawiedziona moja postawa była, bo proponowała, ze koleżankę przyprowadzi, jak ona mi się nie podoba... Milo było: napiłem się z tata tajskiej whisky, byliśmy na kolacji, poznałem cala rodzinę, dostałem ksywę „som chai – co ponoć znaczy „dobry chłopak” i raniutko zabrała mnie na masaż przez niewidoma kobietę robiony (100 THB) i wsadziła w autobus do Chiang Mai (175 THB).



Chiang Mai.

Od razu pojechałem do Wat Phra That Doi Suthep na wzgorzu. RozposcieraRozposciera się z niego piękna

panorama. Rano oraz o 18-ej odbywa się codziennie interesująca ceremonia. Było późno i udało się zostać na noc w klasztorze.

Przypomniała mi się Vipassana – w Tajlandii kursy medytacji są bardzo popularne.


Następnego dnia spotkałem się z Alla i ruszyliśmy robić „pętlę” na stopa przez Mae Sariang, Mae Hong Son i Pai.



Mae Hong Son.

Odwiedziliśmy wioskę „długoszyich i wielkouchych” Karen (250 THB) – Huay Soa Toa. W sumie mam mieszane uczucia... Są to uchodzcy z Birmy, żyjący bez wielu praw w Tajlandii. Oplata zawiera zwiedzanie wioski, czyli po prostu przechadzkę po bazarze, gdzie sprzedawcy występują w strojach ludowych. Naprawdę (to

ciekawe) można spotkać i zrobić fotki np. paniom z pocztówek, które to pocztówki są dostępne w całej Tajlandii.

Ze śmiesznostek: próbowaliśmy się po zmierzchu wydostać w stronę Pai na stopa i kilka aut zaoferowało nam podwózkę, tyle, ze gdy po raz trzeci na skutek niedogadania się (?) wylądowaliśmy na dworcu autobusowym, stwierdziliśmy, ze takie nasze przeznaczenie i zostaliśmy na noc w Mae Hong Son ;)!



Pai.

Najcieplej wspominam właśnie to miejsce z całej północnej Tajlandii. W

sumie nic szczególnego tam nie ma, poza możliwością spacerów, ale klimat

jest super! Mnóstwo „backpackerów”, a także o dziwo samych Tajów. Miasto

żyje wieczorem. Najlepiej, ze trafiliśmy do "Reggae Place", z koncertem

reggea'owym no i wszystkim, co sie z tym łączy ;). Ludzie byli tak mili, ze

pozwolili nam rozbić namiot na terenie knajpy po zakończeniu imprezy.

Bucket (czyli wiadro drinka) kosztuje 250 THB. Inne atrakcje 500 THB (dużo).



Chiang Mai.

Bardzo turystyczne miasto z licznymi watami. Zapoznaje tu u Lucy (CS) Craiga i rozkoszujemy się m.in. ulicznym jedzeniem :)!

Można się wybrać na trzydniowy trekking za 1.200 THB (taniocha).


Chiang Rai.

Nie zachwyciło - watów już do tej pory się naogladalim, a i tak nie było ich ani zbyt dużo, ani powalające nie były.

Niesamowity jednak jest nowoczesny wat ok. 20 km przez Chiang Rai – białosrebrny – cudowny naprawdę! J



Chiang Sean.

Po zwiedzeniu Ayutthayi jawi się marna jej imitacja – świątynie mniejsze i bardziej zniszczone, w gorszym stanie. Muzeum w remoncie przez kilka miesięcy.



Złoty Trójkąt.

Potrójna granica Tajlandii, Birmy i Laosu.

Malowniczy zakątek świata nad rzeka, na która spogląda skąpany w słońcu posag Buddy.

Poza tym mnóstwo kramów z pamiątkami oraz arcyciekawe Hall of Opium (300 THB – słono, ale warto) ukazujący historie upraw maku, produkcji heroiny, rodzaje narkotyków, historie wojen opiumowych itp.



Chiang Khong.

Miasto graniczne, na jedna noc ok. Fajny opuszczony dom znaleźliśmy przy rzece, gdzie na werandzie rozbiliśmy namiot. Przyszedł Taj i powiedział, że wszystko ok i obok jest wolny namiot 3 os. i też jak chcemy możemy tam spać - bomba ;)! Zachody słońca nad Mekongiem – pełna magia! J W Chiang Khong przekracza się granice do Laosu.



Pragnę zaznaczyć, ze Tajowie wielce są pomocni, z mojego doświadczenia bardziej niż Laotańczycy. Przejawiało się to głownie bezproblemowym zezwalaniem na rozbicie namiotu (np. przy urzędzie miasta ;)), bądź przechowaniu bagażu, co w Laosie wcale nie było takie łatwe... Często policja pomagała nam złapać stopa do miejsca, gdzie się akurat udawaliśmy! J Wielkie dzięki – kahp koon khap J!


Tajlandia ma świetną siec dróg – bardzo dobra jakość. Wszystko jest łatwe, przyjemne i bezproblemowe, a szczególnie podróżowanie :)!