wtorek, 29 marca 2011

Jakiś czas po… [www.careerbreak.pl]

http://careerbreak.pl/2011/03/29/jakis-czas-po-wywiad-z-michalem-wasikiem/

Michał Wąsik – pracownik Logistyki w dużym koncernie motoryzacyjnym w Poznaniu (wszystko wiadomo, nie?! ;)). Od czasów liceum każde wakacje spędzał za granicą – od „za miedzy” aż po krańce świata. Zwolennik aktywnego wypoczynku, fascynat wschodnich sztuk walki. Nie może żyć bez słuchania i „produkowania” muzyki, grania na gitarze i klawiszach. Bardzo wdzięczny za otaczających go ludzi! O swoich podróżach pisze na www.aroundsouthamerica.eu i www.micwasik.blogspot.com.



Opowiedz w trzech zdaniach o swojej podróży. Gdzie byłeś? Jak długo ona trwała? Kiedy wróciłeś?

Podróż była podzielona na dwa etapy: Amerykę Południową oraz Azję Południowo-wschodnią. Trasa wyjazdu w Ameryce Południowej obejmowała Brazylię, Urugwaj, Argentynę, Chile, Boliwię, Peru i Kolumbię, natomiast w Azji Południowo-wschodniej Tajlandię, Laos i Kambodżę. Przygoda rozpoczęła się w lutym 2008 roku, trwała (z „małą” przerwą) 10 miesięcy. Wróciłem do Poznania pod koniec stycznia 2009 roku.


O długich podróżach marzy prawie każdy, jednak tylko niektórzy ruszają w drogę. Co sprawiło, że postanowiłeś zmienić marzenie w czyny?

Determinacja i splot różnych wydarzeń. W końcu doczekałem się odpowiedniego czasu! Opłaca się być cierpliwym, żeby rozsądnie podejść do tego wydarzenia! Dobrze jest wyznaczyć sobie cele pośrednie, konkretne, mierzalne, określone w czasie, realne do zrealizowania i ambitne, czyli SMART’ne ;).

Jak wyglądały przygotowania do podróży? Czy to był trudny proces? No i co z pieniędzmi? Spadek po cioci z Ameryki, bogaci rodzice, wygrana w loterii, czy może coś bardziej prozaicznego?

„Błyskawiczny sukces wymaga lat przygotowań” ;). Jest w tym wiele prawdy. Przygotowania same w sobie dają jednak mnóstwo radości! Podstawą są środki na bilet i nieco na start. Moje fundusze zbierałem sukcesywnie. Oszczędzając w Polsce na standardowych rzeczach, masz środki, by przeżyć nieprzeciętne przygody na drugim końcu świata!  Rzeczy zbędne sprzedałem (a każdy z nas ma ich mnóstwo – można przeżyć przynajmniej rok mając wyłącznie tyle rzeczy, ile jesteśmy w stanie zmieścić w placaku ;)). Należy też jednak zatroszczyć się o sprawy, które zostają za nami, na miejscu. Ważnym jest nauka języka, szczepienia, ustalenie limitów na kartach (w razie kradzieży – jaką ew. stratę możemy „przełknąć), a także zostawienie rezerwy finansowej na „nowy start” po ewentualnym powrocie.

Wiele osób rezygnuje z marzenia o podróżach, z obawy o swoje losy zawodowe i przyszłość (bo przecież nikt nie będzie chciał zatrudnić kogoś z roczną dziurą w CV no i trzeba płacić składki na ZUS, żeby zapewnić sobie emeryturę). Jak rozwiązałeś ten dylemat?

„Lepiej zrobić coś i żałować, niż żałować, że się nie zrobiło” ;)! O emeryturę w naszej rzeczywistości bardziej bym się martwił samemu, niż ufając państwu ;). Trzeba pamiętać, że możliwe, że wrócimy do Polski (choć wiele osób wybiera inne kraje widząc jakie są możliwości i styl bycia mieszkańców) i będziemy tutaj szukać pracy. W niektórych zawodach doświadczenie długiej podróży, może być postrzegane pozytywnie. Wiele osób w istotny sposób polepsza swe umiejętności językowe podczas pobytu za granicą. Dobrze wybrać taki moment w życiu, gdy albo nie mamy wiele do stracenia – można wziąć urlop dziekański w czasie studiów, albo zdecydować się na podróż w momencie, gdy i tak zamierzamy zmienić pracę. Mi udało się znaleźć trzecią drogę, mianowicie zdobyć urlop bezpłatny. Przedstawiciele wolnych zawodów mogą wykonywać pracę w czasie podroży, zdalnie.

Czy podróż zmieniła w jakiś sposób Ciebie i Twoje życie?

Jestem pewien, że tak! Jak mówi przysłowie: „podróże kształcą”! Podróżowanie daję Ci porównanie, że to, co jest przyjęte za normę, bądź coś niedopuszczalnego w Polsce, może być gdzieś indziej odbierane zupełnie odwrotnie. Zyskujesz dystans i luz w stosunku do wielu spraw. Zaczynasz dostrzegać, co jest naprawdę ważne. Z drugiej strony widzisz, że globalizacja to nie abstrakcja: ludzie na całym świecie używają przedmiotów tych samych marek, co my (bez kryptoreklamy ;)). Uczysz się bardzo doceniać to, co masz. Okazujesz wdzięczność, pamiętasz o bliskich (nie na zasadzie tęsknoty, ale radości, że w ogóle są). Widzisz, jak wiele uśmiechu mają w sobie ludzie, którzy materialnie mają wiele mniej niż przeciętny Polak. Ludzie ci potrafią się bezinteresownie dzielić tym, co mają. Będąc w obcym kraju, wśród pozornie obcych ludzi, zdany często tylko na siebie, uczysz się pokory i podziwu wobec Natury. Następnie czujesz, że Twój dom jest wszędzie, gdzie akurat się znajdujesz. Spotykasz fantastycznych ludzi, którzy są inspiracją dla Twego przyszłego, nieprzeciętnego życia. Twoja wiara w siebie rośnie, pozwala osiągać Tobie więcej niż byś myślał. Odpowiednio długa, szczególnie samotna podróż jest zawsze podróżą w głąb siebie…

Co jest najtrudniejsze w życiu po podróży?

Już dwa lata minęły od powrotu i… Wciąż tęsknię… Twoje życie nigdy nie będzie takie jak przedtem. Skojarzenia będą Cię przenosić w najodleglejsze miejsca. Z radością będziesz wspominać ludzi na drugim końcu świata. Często myślimy, że gdzieś indziej, jest lepiej – jest po prostu inaczej. Dobrze jest tak naprawdę wszędzie i w dowolnej sytuacji – to jest kwestia Twojego umysłu!



Jedna rada dla osoby, która chciałaby, ale boi się.

Nie bój się! Najprościej mówiąc: jeśli ktoś już to zrobił, to znaczy, że można, wiec i Ty możesz! Warto, bo takie doświadczenie wzbogaci Twoje życie na zawsze!

sobota, 24 stycznia 2009

Tajlandia 10.01.2009 - 24.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

TAJLANDIA cz. II


Bezpośrednio z Phnom Penh wykupiłem przejazd do Bangkoku, co okazało się dobrym rozwiązaniem (pewnie nawet tańszym niż na własną rękę meczenie się) – 15 USD.

Wahałem się na wybrzeżem Kambodży, Ko Chan w Tajlandii, bądź innymi wyspami południa Tajlandii i po rekomendacji spotkanego rodaka zdecydowałem się na Ko Pha Ngan, by moja w sumie roczna podróż zakończyć wakacjami w leniwym stylu. W końcu wyspy są w sumie podobne do siebie i nie ma sensu - moim zdaniem - „zwiedzać” kolejnych wysp. Najlepiej po prostu ulokować się w jednym miejscu i tam korzystać z życia, nie tracąc czasu na transporty (a na wyspach drogie – łódź).

Zgodnie w zamysłem uprzednim zakupiłem laptopa w Bangkoku oraz kilka drobiazgów i za 500 THB wykupiłem transport (bus i łódź) na Ko Pha Ngan. Podróż trwa 1,5 dnia i pewnie jest tańsza, a na pewno łatwiejsza niż organizowanie jej na własną rękę. Za bilet powrotny zapłaciłem 50 THB więcej niż w poprzednia stronę.

Towarzystwo było przemiłe! Spośród wielu przeuroczych osób (wielu z kursu yogi oraz samych gospodarzy Golden Rock - Mama&Papa ;)) najcieplej wspominam żywy archetyp amerykańskiego luzaka – John Luke oraz anarchistyczna Francuzkę – Carole! ;) Spotkałem tez rodaczkę Anię będącą na kursie instruktorskim wszechobecnej yogi.

Na Ko Pha Ngan rekomendowany bungalow Golden Rock wynająłem za 140 THB / dzień. Motorek oferował właściciel za 80 THB / dzień (benzyna 20 THB – stacja benzynowa, 35-40 THB „z butelki” na straganach). Sauna 40 THB. W ogóle dość obfita miał ofertę! ;)
Na KPN ku mojemu zdziwieniu brak przeuroczych plaż. Są – ale krótkie – kiepsko się na bieganie nadają. :(
KPN słynie z „księżycowych” imprez. Ja się załapałem na „Half Moon Party”, które to ponoć lepsze jest od najbardziej znanego „Full Moon Party”, które jest wybitnie masowa impreza.
Bywają tez imprezy m.in. w Pirates’ Bar (techno trance). Kosmos – pierwszy i chyba ostatni raz na tak imprezę się wybrałem! ;) Ciekawe miejsce do obserwacji „socjologicznych” – historie jak z filmów...

Super jest spać sobie pod namiotem na plaży, a przed snem wciągnąć z laptopa filmik ;)!

Przejażdżka motorem jest sama w sobie fajna atrakcja.

Nie moglem odmówić sobie treningu Muay thai w Thongsala (350 THB, ~ 10 USD).

Szczególnie polecana jest szkoła yogi Agama (www.agamayoga.com) . Bylem na wykładzie o seksualności tantrycznej oraz darmowym dniu kursu (normalnie 300 THB / dzień). KPN jest wspaniałym miejscem na stacjonarny wypoczynek oraz kurs np. yogi (cykle miesięczne), muay thai, gotowania, nurkowania, bądź masażu.
Na słoniach można się za „złodziejskie” 400 THB za 1/2 h przejechać (normalnie 200 THB/1h).

Indywidualne treningi na plaży dają dużo radości.

Akurat, gdy bylem w miejscach do „snorkelowania” pogoda była kiepska i nie radzili próbować... :(



W całej Azji Płd.-wsch. masaże są bardzo popularne. Za masaż w Tajlandii na totalnej wsi, wykonywany przez niewidoma kobietę zapłaciłem 100 THB / 1h. W Kambodży – 5 USD, ale miałbym zastrzeżenia, co do jakości, choć było przyjemnie.

Bangkok jest świetnym miejscem na zakupy! Szczególnie rzeczy, pirackie CDs/DVDs i elektronika ;) (Pantrip Plaza)!

Garnitur na miarę uszyje Tobie:
Sak Fashion
127/17 Rajprarop Rd., Makasan
Rajthevi, Bangkok 10400
Tel. 02 248 2858
089 0148895, 086 8204746

sobota, 10 stycznia 2009

Kambodza 1.01.2009 - 10.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

Termin: 1-10.I.2009

Wiza: w Vientiane w Ambasadzie Kambodży. Jeden dzień. 20 USD.

Waluta: riel. 1 USD = 4.000-4.115 KHR.
Bankomaty pobierają pokaźną prowizję za obsługę kart zagranicznych.
Lepiej wymienić USD i płacić w walucie narodowej, szczególnie na ryneczkach.

Miejsca i ludzie: Z Laosu, Czterech Tysięcy Wysp do Phnom Penh, stolicy. Tam dziele pokój z Joshem, Niemcem. Podczas kolejnego pobytu w stolicy spotykam rodaka – Grzegorza.
Następnie do Siam Reap (Kompleks Świątyń Angkor). Stamtąd z powrotem do Phnom Penh, by odebrać wizy tajlandzka (35 USD). Bezpośrednio do Bangkoku, Tajlandia.

Spanie: w Phnom Penh w #10 Guest House, Lakeside (2 USD / 2 os. pokój). Siam Reap pod namiotem (piękne niebo można podziwiać leżąc w namiocie), w samym mieście Garden Village (1 USD / „dormitorium” – łózko z moskitiera pod daszkiem).

Jedzenie: największą ciekawostką były pieczone pająki, które udało mi się tylko raz “namierzyć” w drodze ze stolicy do Świątyń Angoru. Malutkie dziewczynki kładą na siebie wielkie żywe tarantule, jak maskotki na ramiona;)!
Jadłem tez węża smażonego, ale mało mięsa i trudno się było nim najeść.
„Happy/ecstatic pizza” dostępne.

Transport: najwygodniej i możliwe, ze najtaniej jest jednak wykupić transport w agencjach turystycznych. Z Phnom Penh do Siam Reap bilet kosztował mnie 4 USD, z powrotem 4,25 USD
(17.000 riel) – drożej nieco niż w druga stronę. Bilet do Bangkoku 15 USD.
Kierowcy tuk tuków są mega meczący... Ile razy można mówić „nie, dziękuje”?!


Phnom Penh.
Można znaleźć bardzo przystępne zakwaterowanie, w “cool” "backpackerskim" stylu. Nieco dekadenckie jest, meczą niekończące się oferty zakupu narkotyków, bądź seksu za pieniądze...
W guest housie jest za to muzyczka przyjemna, możliwość oglądania DVD (jeśli akurat nie jest popsute, jak to miało miejsce, gdy ja tam bylem).

Muzeum Ludobójstwa - Tuol Sleng - jest dość dramatycznym przeżyciem (2 USD)...

Muzeum Narodowe (3 USD), potwierdza regule, ze warto w stolicy takowe odwiedzić.

Pałac Królewski i Srebrna Pagoda (25.000 riel) w porównaniu z Bangkokiem wypadają dość blado i drogo...

Świetne miejsce do robienia zakupów: są przynajmniej trzy porządne targowiska (Russian Market, Central Market, O Russei Market). DVDs/CDs 2,5/1,5 USD, choć pirackie wersje programów nie zawsze są dobrze „scrackowane”. Udało mi się nabyć świetny plecak „deuter” 50l za 20 USD. Polecam! J

Trafiłem dość przypadkowo w niedziele na „msze” do kościoła, jak się później okazało – Metodystów (ICF). Bardzo interesujące doświadczenie. Respect.

Tradycyjnie warto wypożyczyć rower, by się poruszać po mieście (1 USD / dzień).

Załapałem się tez na masaż, ale miałem wrażenie, ze przyjemny – owszem – był, ale chyba mało profesjonalny. Ten w Tajlandii bardziej mi przypadł do gustu.


Siam Reap.
Samo miasto strasznie turystyczne. Ja od razu wypożyczam rower („rzęch” 4 USD/3 dni) i z namiotem udałem się na zwiedzanie świątyń. Był to świetny pomysł. Świątynie są od siebie oddalone czasem o kilkadziesiąt kilometrów. Przejażdżka rowerem jest przemiłym przerywnikiem miedzy jednymi a kolejnymi ruinami.

Czasem chcą depozytu i zostawienia paszportu przy wypożyczeniu roweru. Najlepiej od razu wyjaśnić sytuacje, by nie było niemiłych zaskoczeń po np. godzinnym doprowadzaniu roweru do stanu używalności.

Kompleks Świątyń Angkoru jest zachwycający. Ja wykupiłem bilet na trzy dni (40 USD). Lepiej płacić w USD, bo maja straszny przelicznik na riele.

Pierwszego dnia wstałem na wschód słońca w Angkor Wat. Moje trzydniowe zwiedzanie zakończyłem zachodem słońca w tymże miejscu – uroczo, choć o intymności i mistycznych przeżyciach dzięki innym turystom paradoksalnie pragnącym tego samego można zapomnieć. Policja turystyczna pozwoliła mi się rozbić na ich terenie zaraz przy kasach.
Drugi dzień poświeciłem na obejrzenie najdalej wysuniętych na północ w mojej trasie ruin Kbal Spean (głownie płaskorzeźby w/przy korycie rzeki), a także wielce interesujące Muzeum Min Lądowych pana Aki Ra (po drodze, 1 USD).
Ostatni dzień przypadł na Roluos Group. Przemiło było, gdy jadąc przez wioskę naprawdę każde dziecko pozdrawia mówiąc „hello”! J
Milo, ze „miejsca, gdzie król chodzi pieszo” są czyściutkie i jest ich stosunkowo wiele.


Jest prawda, co słyszy się od innych turystów, ze w Kambodży jest wiele kalek, żebraków. Mimo to dla mnie Kambodża była miłym zaskoczeniem. Ludzie w większości byli przyjaźni i uśmiechnięci. Należy uważać na wątpliwej jakości „zaloty” prostytutek próbujących chwycić za przyrodzenie pragnąc zdobyć klientów...

Kierowcy tuk tuków są straszni...

SERVAS w Azji Płd.-wsch. To totalna porażka...

Internet 1.500-2.000 KHR/ 1h.

czwartek, 1 stycznia 2009

Laos 15.12.2008 - 1.01.2009


http://www.picasaweb.google.com/micwasik

LAOS

Termin: 15.XII.2008 – 01.I.2009.

Wiza: 30 USD na granicy.

Waluta: kip. 1 USD = 8.500 LAK.

Miejsca i ludzie: przekroczyłem granice Chiang Khong (Tajlandia, północny-wschód) / Huay Xai (Laos). Spotkałem tam Craiga, Anglika, znajomego z Chiang Mai. Az do Vientiane podróżowaliśmy razem po Laosie. Z Huay Xai udałem się w rejs po Mekongu, który trwał dwa dni (z noclegiem w Pakbeng, gdzie dobiłem do „trzydziestki” ;)). Miejscem docelowym był Luang Prabang (u armatora 920 THB lub 220.000 LAK, ~ 85 PLN). Zdecydowaliśmy się z Craigiem na treking na północy Laosu, miedzy innymi kuszeni wizja spotkania mniejszości etnicznych – plemion górskich. Z Luang Prabang udaliśmy się do Luang Nam Tha (autostop nie działa w Laosie – dajcie sobie spokój – szkoda czasu i może się trafić, ze „dobrodziej” zażąda zapłaty wyższej niż za publiczny autobus. Nie trzeba płacić oczywiście, ale jakoś nieprzyjemnie zaś...). Z Luang Nam Tha pojechaliśmy do Muang Sing (bardzo zimno w nocy). W autobusie spotkaliśmy Anglika Adama i Francuzkę Karen. Na północ od Muang Sing odbyliśmy treking po okolicznych wioskach. Z Muang Sing ta sama droga wróciliśmy do Luang Prabang, skąd udaliśmy się do Vang Vieng. Stamtąd do stolicy – Vientiane, gdzie spędziliśmy Święta Bożego Narodzenia i rozstaliśmy się z Craigiem (musiał odebrać chińską wizę w Luang Prabang). Ja udałem się do Pakse, gdzie miałem nadzieje na kolejny trekking w nieco cieplejszym klimacie. Następnie udałem się bezpośrednio na Cztery Tysiące Wysp (Four Thousand Islands), gdzie obchodziłem Nowy Rok z Alonem i Aronem (Izrael). Granice przekraczałem na południu Laosu kupując bilet na wyspach bezpośrednio do Phnom Penh, Kambodża (12 USD, choć można za 11 USD).

Spanie: ze względu na towarzysza (dzielenie kosztów noclegu na dwóch) oraz cenowa dostępność guest house'ów, a także skuteczne negocjacje cenowe korzystaliśmy z bazy noclegowej, raz jeden z namiotu.

Jedzenie: zasadniczo z mojego doświadczenia żarełko podobne do tajlandzkiego, choć najtańszy uliczny posiłek minimalnie droższy od tego w Tajlandii. Lepki ryz (sticky rice) w bambusie był ciekawostka oraz sandwiche w Luang Prabang (10=>8.000 LAK – kip = nieco mniej niż 1 USD).
Na Cztery Tysiące Wysp ryneczkowe jedzenie jest dość rzadkie i często korzysta się z restauracji, gdzie oczywiście ceny są nieco wyższe.
Już w Pakbeng można się natknąć na pieczone szczury J!
Beer Lao jest kultowym napitkiem – jak na piwo nawet dobre (pewnie piwosze mnie przeklną ;))!

Transport: daj sobie spokój ze stopem. Bus publiczny – uwaga! W większości przypadków głównie rano wyjeżdżają i mimo tego, ze Laos jest stosunkowo nieduży podróż trwa wieki i publiczne autobusy są mało komfortowe. Ku mojemu zdziwieniu chyba jednak czasem taniej wychodzi rezerwowanie przejazdów w „hubach” turystycznych. Mila rzeczą jest, ze w cenę jest wliczony dowóz do np. dworca autobusowego.
Laotańczycy kiepsko znoszą jazdę autobusem – haftują jak najęci! ;) Jak masz pecha to załapiesz się na „kwadrofonie” – sound effecty z czterech stron ;)!
Nie jest rzadkością karmienie piersią w „marszrutce” – bez krępacji;)!


Huay Xai.
To miejsce się tylko mija – tranzyt.
Bilety na szybka / wolna łódź (speed / slow boat) można kupić po obu stronach granicy. Taniej jest oczywiście w Laosie, choć różnica miedzy agencja a bezpośrednim przewoźnikiem jest naprawdę niewielka.
Do przystani jest naprawdę niedaleko – 10 min. Można - nie trzeba - brać tuk tuka.
Kantor na granicy oferował najlepszy kurs wymiany USD na kipy na jaki trafiłem w Laosie, wiec jeśli ktoś chce wymieniać pieniążki to właśnie tutaj. Ponadto bankomaty są ogólnodostępne (chyba, ze się akurat popsuja, jak nas trafiło w Luang Prabang ;)).


Pakbeng.
Kolejne miasto wyłącznie noclegowo-tranzytowe. O 22-ej koniec elektryczności / prądu. Fajny klimat oglądać ludków siedzących przy świecach w domach ;)!
Rejs po Mekongu jest naprawdę miły i obawiałem się, ze zanudzę się na śmierć, a jednak podróż minęła bardzo przyjemnie i wysiadając w Luang Prabang miało się odczucie: „Co?! To już jesteśmy?!” ;). Lodka jest w 95% wypełniona farangami (południowo-wschodnimi „gringo” ;)).
Można wykupić łódkę tylko do Pakbeng i tam przesiąść się na autobus jadący na północ, jeśli komuś droga akurat tamtędy wypada. W sumie byłoby to bardziej optymalne rozwiązanie ze strony logistycznej, ale sam rejs był przygoda sama w sobie, wiec nie żałuje J.
Restauracje serwują muzyczkę pod publikę zachodnia: Manu Chao, Bobby, Jack Johnson. Tak właśnie swa „trzydziestkę” spędziłem J!
Miłym wydarzeniem było spotkanie przeuroczej Polki na łódce, która z zawodu jest przewodnikiem, a właśnie odbywała samotna podróż po Azji Południowo-wschodniej
(mimo - jakby to ująć... sporego doświadczenia ;)?!).


Luang Prabang (UNESCO).
Bardzo przyjemne miasto, mimo, ze najbardziej turystyczne z całego Laosu.
Dobra jakość, ale raczej drogie noclegi (50-70.000 LAK, ~ 6-8 USD za dwójkę).
Szczególnie polecam Seng Phet Guest House – darmowe banany i kawa/herbata J!
Bardzo ładne souveniry (udało nam się wynegocjować za dwa kangurki 90.000 LAK, ~ 4 USD / szt., ale nie było rozmiarów L), nocny ryneczek ze smakołykami (kanapeczki, bufet wegetariański i nie tylko, naturalne soki owocowe).
Miasto słynne jest w mnogości watów (świątyń buddyjskich).
Polecam Wat Xieng Thong (20.000 LAK, ~ 2,5 USD).
Można faktycznie (choć w Chiang Mai nie było to rzadkością) zobaczyć mnichów wychodzących rankiem po jedzenie (zywia się tym, co im ludzie dadzą, a idea jest taka, ze to właśnie mnisi „robią łaskę” ludziom, ze pozwalają się obdarować, czym to wierni zyskują „dobry uczynek” – mnie tez w sumie mogliby obdarować czasem ;) – co się zdarzało de facto J!
Po małym przesycie watów udaliśmy się na wycieczkę (wraz z Suranga z Kanady / Sri Lanki) do jaskini Pak Ow (50.000 LAK – droga, jak za wyłącznie spływ lodka). Po drodze wysadzają w wiosce, gdzie czerpie się papier „sa” naturalnymi metodami oraz kolejnej wiosce, gdzie robią whisky oraz tkają. Ponadto należy uiścić opłatę za wejście do jaskiń, które kryją mnóstwo posagów Buddy (20.000 LAK).
Należy uważać, bo czasem jak autobus jest pełen może odjechać np. 3h przed planowanym odjazdem... Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło: próbując mimo wszystko stopować (bezskutecznie) widzieliśmy kolesi paradujących z kałachami (AK-47) po drodze...


Luang Nam Tha.
7.500 LAK, ~ nieco mniej niż 1 USD tuk tuk do miasta (~ 14km).
Miejsce, które słynie z możliwości „podglądania” mniejszości etnicznych. My wypożyczyliśmy rowery (co było super pomysłem) i zrobiliśmy sobie przejażdżkę po okolicy – bomba! Rankiem można „podejrzeć” np. stare kobiety palące pewnikiem opium z fajek.
Robiłem zdjęcia map wszędzie, gdzie się dało (inf. turystyczna, agencje turyst.), ale jakość topografii jest bardzo słaba. Często są to mapy odręczne i maja charakter wyłącznie poglądowy – nie można na ich podstawie wybrać się na treking.


Muang Sing.
Jedno z miast najbardziej wysuniętych na północ, podobnie jak Luang Nam Tha szczycące się bogactwem mniejszości etnicznych. Agencje turystyczne oferują wiele trekkingów, z możliwością nocowanie u rodziny (2 dni za 300.000 LAK, ~ 25 USD), co wydaje mi się kolejna ściema, ze to niby autentyk – jak może być oryginalnym przeżyciem coś, co ci ludzie robią na co dzień? Mniejszości etniczne można zobaczyć choćby na targu w samym mieście (kobiety w etnicznych strojach, z tradycyjnymi fryzurami). My zrobiliśmy sobie trek indywidualny – miał być dłuższy, ale w ciągu jednego dnia zobaczyliśmy dość i z opinii osób, które były dłużej zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia (np. już po raz wtóry kobiety kąpiące się w sarongach w rzece, tym razem nawet topless ;) – choć ze względu na ich wiek raczej nie było na co patrzeć ;)). Naprawdę niskie temperatury nocą nie zachęcają tez do spania pod namiotem. Z „highlightow” niezapomnianym przeżyciem było przedzieranie się przez dżungle (łatwo zgubić szlak/ścieżkę) i się zgubić. Widzieliśmy myśliwego ze strzelba na polowaniu. Z ciekawostek: wioski maja swego rodzaju bramy chroniące wioskę przed złymi duchami (nie należy jej dotykać). Z niemiłych doświadczeń dzieci żebrają w wioskach i raczej nawet nie chce się robić zdjęć, bo człowiek czuje się intruzem w czyimś domu... Jako kontrargument zaproszono nas na imprezę w środku dnia (Akha akurat Nowy Rok obchodzili) i poczęstowano nas jadłem i napitkiem (lao lao – samogon ichni – cieniasy zachodnioeuropejskie nie mogli przełknąć ;)) J! Rękodzieło jest raczej wątpliwej jakości i wciąż ma się wrażenie, ze „lokalsi” widza w turyście wyłącznie USD...
Ogólnie Muang Sing to dolina – o 22-ej prawie brak ludzi na ulicach i tylko nieliczne restauracje jeszcze są otwarte. No i oczywiście MEGA zimno...

Mini-przygoda. Ponieważ Muang Sing jest – jak już wspomniałem - mega depresyjne, chcieliśmy się za wszelka cenę stamtąd wydostać. Autobusy już odjechały, stop oczywiście nie działał, nawet w wacie nie pozwolili nam rozbić namiotu / przespać się. Przy pomocy Phrasebooka Lonely Planet dopytaliśmy się o „accomodation” i trafilismy na nasz najlepszy nocleg za oferowaną cenę (60=>30.000 LAK, ~ 2,5 USD / dwojka). Super elegancko, czyściutko – tip top, a na dodatek super pyszne jedzenie pod nosem. Z powodu opóźnienia kelnerskiego bonusowo zaserwowano nam gratis sandwiche, co zakwalifikowało się (sic! ;)) na napiwek J! Polecam: Tinthard, przy drodze do pagody - Chiang Tung G.H., Phou That Lodge.


Vang Vieng.
Szkoda, ze się na Boże Narodzenie do Vientiane spieszyliśmy (gdzie jest kościół katolicki), można spokojnie milo z 2-3 dni tam spędzić.
Vang Vieng słynie z tubingu – spływu rzeka na oponie, czego my nie zdarzyliśmy zrobić (55.000 LAK, ~ 5 USD).
Wypożyczyliśmy natomiast rowery (15.000 LAK, ~ 1,5 USD) i mieliśmy super przejażdżkę połączoną ze zwiedzaniem jaskiń oraz kąpielą w Blue Lagoon.
W mieście serwują turystom telewizyjnie „Przyjaciół” i „Simpsonów” w restauracjach.
Wieczorami musowym punktem programu jest wybranie się na imprezę, z muza zachodnia oraz słynnymi „bucketami”, czyli wiaderkami z napitkami alkoholowymi (10.000 LAK, ~ nieco więcej niż 1 USD).
Okolica jest naprawdę śliczna, a zabytków zero – i ok! J


Vientiane.
Większość osób jest rozczarowana stolica – mnie się całkiem podobała. Jak na największe miasto kraju jest naprawę spokojna i „tyci”. Istnieje możliwość skorzystania z atrakcji wielkomiejskich np. ryneczków i sklepów. Na długą podróż do Pakse przezornie zakupilem (przepłacilem) mp3-playera – taki prezent gwiazdkowy ;)!
Boże Narodzenie z msza prowadzona przez Azjatę w trzech językach (lub czterech – wietnamskiego nie rozpoznaje) w kościele katolickim było także miłym przeżyciem (wcześniej „międzynarodowa” spowiedź J). Pamiętać należy, ze mimo wszystko Laos jest komunistycznym krajem (mimo nazwy LDPR – Lao Democratic Peoples Republic) i kościół boryka się z problemami, wiec – ku naszemu zaskoczeniu i rozczarowaniu – nawet nie mogliśmy rozbić namiotu w pobliżu kościoła... No cóż...
Po późnej mszy (o 20.30) zanim dotarliśmy do miasta, już prawie wszystko było zamknięte. Wigilijna kolacje zjedliśmy na ulicy! J Poprawiny były dnia następnego w Indyjskiej knajpie w samym centrum miasta – bardzo burżujsko – obsługi więcej niż gości ;)! Chicken tikka i masala (170.000 LAK, ~ 15 USD / 2 os.).
Pięknym przeżyciem było spotkanie dwóch przemiłych rodaków – Paweł & Irek - mieszkających w stolicy Laosu, oraz spędzenie w nimi kolejnych dni Świąt. Wykazali się iście polska gościnnością i szczodrością. Pięknie! J
Ogólnie noclegi drogie. Nam udało się znaleźć „norę” bez okien za 50.000 LAK, ~ 4 USD i często maja „full”.
Śmiesznostka: gdy szukaliśmy miejsca na namiot, trafiliśmy na gościa, który nas uprzedził z hamakiem w środku miasta, na skwerku zieleni ;)!
Czekając na wizę kambodżańską udałem się do Buddha Park (5.000 LAK, ~ 0,5 USD + ew. za aparat). Autobus nr 14 z Morning Market (5.000 LAK, ~ 0,5 USD). Zbiorowisko współczesnych rzeźb buddyjskich i hinduistycznych – taki „freak of nature”! ;)
Zawsze warto zorientować się, co akurat się dzieje z „eventow” – czasem można dobrze trafić. Ja akurat minąłem zawody boksu laotańskiego L.


Pakse.
Wbrew wcześniejszym planom trekkingowym szybko opuściłem to miejsce ze względu na brak dostatecznej informacji, choć można ponoć pożyczyć motorek i zwiedzać okolice: wodospady, wioseczki (Bolaven Plateau).


Cztery Tysiące Wysp.
Kieruj się na Ban Nakasang. Piękne miejsce – moje ulubione po Vang Vieng. W rzeczywistości trzy wyspy są dostępne dla turystów. Największa, najbardziej turystyczna z oczywistych powodów kwalifikuje się po „skipniecia”. Don Det i Don Khon są milutkie – bungalowy przy Mekongu, spokój raczej. Elektryczność jest 4h dziennie (18-22), zaś cisza.
Sylwester był moim najkrótszym w życiu, bo o 1-ej nastąpił koniec muzyki... Party darmowe było na plażyczce, z muzyką, ogniskiem, poikami (firestarter).
Na Don Khon, gdzie nocowałem są naprawdę śliczne wodospady (Kon Lyphy, Khone Somphamid).
Z tymi delfinami słodkowodnymi to ponoć gra nie warta świeczki – jest ich mniej niż 10 i zobaczyć można wyłącznie z daleka, jeśli akurat pora odpowiednia (sucha, miesiąc III/IV) oraz pora dnia tez (rano i wieczorem).
Jeden minus, ze nie można raczej pływać w Mekongu. Wszystko jest: wyspa, słonce, woda, ale bez możliwości kąpieli... :(
Warto wykupić przejazd do Kambodży na miejscu – nawet nie wiem, czy nie wyszło taniej, a na pewno sprawniej i mniej stresowo. Polecam tak uczynić.

Na granicy Laotańczycy kasują 2 USD za „nic” (pieczątkę wyjazdowa). Bylem w takim szoku i wszystko działo się tak szybko, ze „zabuliłem”. Khmerowie żądają 1 USD i tu wykazałem się bystrością umysłu i już nie dałem się oskubać – po prostu trzeba być zdecydowanym i obstawać przy swoim – nie place i już! Najpierw kręcili nosem, a zaś stwierdzili „ no dobra, tylko idź szybo!” (żeby inni nie widzieli).



Ogólne wrażenie: wszystko, co napisze Lonely Planet do czasu wydania jest już nieaktualne... Przynajmniej jeśli chodzi o klimat i atmosferę Laosu. Miało być nie wiadomo jak milo, wszyscy uśmiechnięci, brak rzesz turystów, tanio itd. Już nie – może kiedyś... Często Laotańczycy nawet się nie „odsmiechuja... L
W Laosie zabudowa raczej bambusowa, ale jeden z kierowców tuk tuka zabrał nas do domu i ku naszemu zaskoczeniu TV&DVD na klepichu stoi ;)!
Nie jest rzadkością ujrzeć buddyjskiego mnicha kurzącego fajurę ;)! („Nasi tez pala fujary ;)).
Trudno by zezwolili się gdziekolwiek rozbić – nie pozwalają. Tajlandia pod tym względem jest wiele bardziej przyjemna.
Informacja turystyczna w Vientiane (stolica) – beznadziejna... Trafiliśmy akurat na starego pryka, co tylko po francusku mówił i nawet nie pozwolił zostawić plecaków – skandal...
Na dodatek jak na złość nie Laotańczyk, jeno Angol pewnikiem jakiś w restauracji mnie źle skasował L - no cóż był sylwester, wiec odpuściłem...

Ogromna różnica miedzy podróżowaniem w Ameryce Południowej i tutaj. Tam byliśmy bardziej wyizolowani od „gringos” – tutaj wciąż się dusi w tym samym sosie... Ma to plusy i minusy: człowiek nie czuje się sam, zawsze można z kimś pokonwersować (bo „lokalsi” nie pracujący w turystyce rzadko mówią po dostatecznie dobrze angielsku), z drugiej strony jest to po pewnym czasie meczące – patrzenie na pijanych, głośnych Angoli, w koszulkach Beer Lao, rozbijających się po „zachodnich” knajpach i żłopiących browar gdzie popadnie... Po co jechać aż do Laosu, by się tak zachowywać?! ;)

Idiotyczna sprawa jest, ze w Laosie dworce autobusowe w większości miast są bardzo daleko za miastem (nie na dystans pieszy). W obliczu powyższego korzystają z tego faktu kierowcy tuk tuków żądając niebotycznych kwot za podwózkę do miasta (np. 10.000 LAK za 15 minut jazdy w porównaniu z biletem autobusowym za 30.000 LAK za 6 godzin podroży). Wniosek: im więcej osób, tym taniej. No i targować się bez skrupułów...

Norma są jaszczurki smykające po suficie, ścianach, karaluchy, pająki w pokoju – no fear ;)!

Narkotyki i „tuk tuk bum bum” łatwo dostępne.

Równinę Dzbanów (Plain of Jars) ze względu na ograniczona ilość czasu podarowaliśmy sobie (jeden dzień podróż, jeden zwiedzanie i powrót ta sama droga).

W Laosie zasadniczo nie znają koncepcji targowania się – nie chcesz za ta cenę, to nie! ;)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Tajlandia 1-15.XII.2008

http://www.picasaweb.google.com/micwasik


Tym razem nieco inaczej opisze swe podróże - zamiast formy dziennika spróbuję po prostu w skrócie opisać każdy kraj z podziałem na:

- termin

- wiza

- waluta

- odwiedzone miejsca & ludzie

- spanie

- jedzenie

- transport

no i najważniejsze wrażenia :)!



TAJLANDIA cz. I


Lot z Warszawy do Moskwy trwa dwie godziny. Dalsza część zajmuje 10 godzin z Moskwy do Bangkoku (teoretycznie). Aeroflot życzy sobie 3.000 PLN za ta przyjemność. Podróż powrotna zajęła mi od wstania z podłogi ;) do dotarcia do własnego domu ok. 28 godzin.

Miałem wiele szczęścia, ze leciałem do a nie z Tajlandii, ponieważ mnóstwo turystów na skutek zablokowania lotniska w Bangkoku została uwieziona w Tajlandii. Ich sytuacja na lotnisku w U Ta Pao była nie do pozazdroszczenia... L


Termin: Moja pierwsza część wizyty w Tajlandii miała miejsce miedzy 1-15.XII.2008 (15 dniowa wiza).


Wiza: Za wizę na lotnisku w U Ta Pao zapłaciłem niestety 40 USD (lub 1.000 THB, ale nie miałem lokalnej waluty).


Waluta: baht. 1 USD = 35 bahtów.


Miejsca i ludzie: Zacząłem w U Ta Pao, gdzie (zamiast w Bangkoku) mnie wysadził Aeroflot.

Następnie pojechałem do Pattaya, gdzie spotkałem się z Kola i jego znajomymi z Rosji. Pojechaliśmy później do Bangkoku. Zaś już sam udałem się do Ayuthaya, następnie Sukhothai. W Chiang Mai spotkałem się z Alla z Rosji i do końca mojego pobytu w Tajlandii podróżowaliśmy razem. W Chiang Mai spotkałem tez Anglika Craiga, z którym oprócz tegoż miasta zwiedziliśmy także Laos (aż do Vientiane podróżowaliśmy razem), gdzie się rozeszły nasze drogi. Z Alla jeździliśmy na stopa dużo, miedzy innymi do Mae Hong Son, Chiang Rai, Chiang Sean, Zloty Trójkąt i Chiang Khong (granica tajlandzko-laotańska).


Spanie: Za noclegi nie płaciłem, bo w Pattayi, Bangkoku (Kola) oraz w Chiang Mai (Lucy) znalazłem hostów. Pozostałe noce spędziłem pod namiotem (cieplutko). Namiot zakupiłem na Khao San Rd. za 1.000 THB (całkiem solidny). Można kupić iglo w supermarketach za 500 THB.


Jedzenie: Tajlandzkie jedzenie jest przepyszne i wielce różnorodne w porównaniu z Laosem i Kambodża. Ryneczki są cudowne! J Głównie żywiłem się na ulicy, czyli zupki makaronowe (noodle soup), smażony ryz (fried rice). Mnóstwo świeżych owoców krojonych lub w shake’ach. W Chiang Mai można skosztować smażonych insektów. Pyszna jest zupa tom yam (ostra). Ogólnie jedzenie jest ostre, a jeśli komuś mało, to na stole znajdziesz zestaw, który sprawi, ze Twoje podniebienie zapłonie ;)! Khao niao – lepki ryz (sticky rice) do każdej potrawy! J Dużo tanich owoców morza (np. pa myk – kalmary, po ang. squit).


Transport: Przemieszczałem się taksówka (450 THB \ 3 os. z U Ta Pao do Pattayi), motorkiem z Pattayi do Bangkoku (po drodze ponoć najdłuższy na świecie wiadukt – 55 km), pociągiem z Bangkoku do Ayuthayi, autobusem z Ayuthayi do Sukhothai i Chiang Mai, a zaś prawie wyłącznie na stopa (w Tajlandii bardzo łatwo, bo dużo pick-upów; można się np. załapać na gitarę na „pace” i przyśpiewywać sobie w rytm wiejącego wiatru) ;)!



Pattaya.

Była raczej miejscem, gdzie zdobyłem informacje dot. dalszej części podroży. Samo miasto nie podobało mi się, mimo kilku miłych chwil w towarzystwie osiadłych tam Rosjan.

Miasto słynie głównie z resortów oraz seksturystyki.


”High lightami” był widok na miasto ze wzgórza, pierwsza jazda motorkiem, puszczanie nocą latawców podgrzewanych ciepłym powietrzem, pierwsze świątynie buddyjskie (m.in. 20 km od Pattayi oddalona Anek Kusala Sala – Viharna Sien, 50 THB) z makabrycznymi przedstawieniami kar za grzechy po śmierci oraz świątynia chińska z posagami 19-u stylów kung fu Shaolin.


Bangkok.

Najciekawszym wydarzeniem były urodziny króla (5.XII.). Na głównym placu jedzenie i pitku za darmo, Pałac Królewski za darmo (normalnie 300 THB), wieczorem wielka impreza wraz ze sztucznymi ogniami, koncertami, pokazami tańca i muay thai!

Kosmicznym akcentem był podkład muzyczny do tajskiego boksu – DJ Tronik z Bełchatówka!!! ;)


Wybrałem się tez na oficjalne zawody muay thai (1.500 THB, słono...) w sali widowiskowej Ratchadamoen Stadium. Fascynujące były okrzyki publiczności za każdym silnie zadanym ciosem, bądź kopnięciem J. Robi się tez w trakcie walk zakłady, ale ich reguły nie są dla mnie jasne... L


Pałac Królewski jest naprawdę śliczny - zapiera dech w piersiach i zwiedzanie jest przyjemne, mimo rzesz turystów. Z ciekawostek: nawet niektórzy chcieli sobie ze mną zdjęcia robić! ;)


Na Khao San Road (mekka „backpackerów” – vide film „The Beach” z Leonardo di Caprio) można kupić legitymacje dziennikarska oraz ISIC za 250 THB, a także certyfikaty TEOFL nieco drożej (choć uczelnie te ponoć weryfikują).


Ze świątyń odwiedziłem m.in. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy, 50 THB) i Wat Arun (architektura khmerska, 50 THB).



Ayuthaya.

Wiele świątyń XIV – XVIIIw. rozrzuconych po mieście – byłej stolicy Tajlandii. Architektura khmersko-Sukhothai. Najlepiej chyba zwiedzić na rowerze, ale jako, ze ja żadnej wypożyczalni znaleźć nie moglem odwiedziłem wszystko "z buta". Fajne, ale za każdą małą rzecz kasują (prawie) i praktycznie tylko z zewnątrz można oglądać, wiec nie zawsze warto płacić ;)! Przy okazji napomknę, ze za bardzo nie sprawdzają, czy ma się bilet czy nie ;)!



Sukhothai (UNESCO).

Próbowałem się na stopa wydostać z Ayuthayi, ale robiło sięsięciemno i nie

bardzo wiedziałem, który z 5 pasów mknie w kierunku mojego celu, wiec

podróżowałem autobusem (231 THB), a nad ranem przespałem się pod namiotem na

dworcu autobusowym. Z praktycznych wskazówek - dworce posiadają toalety

publiczne :)!


Sukhothai (100 THB miasto wewnętrzne, kasują tyle samo za zewnętrzne, ale sprawdzają tylko w jednym miejscu bilet ;) oraz 10 THB za rower) bardziej mi przypadło do gustu niż Ayuthaya, ponieważ świątynie w sumie podobne do tych z Ayuthaya były rozrzucone jakby po

parku, nie po mieście. Tym razem udało mi się wypożyczyć rower (świetny pomysł – zasadniczo wszędzie, gdzie można było, wypożyczałem rower i nigdy nie żałowałem J, 30 THB/dzień) i bardzo milo zwiedziłem co trzeba.


Z ciekawostek: zagadnął mnie Taj, gdy sobie wertowałem przewodnik i

zagadywał, uczył nieco tajskiego, nieco spłoszony był nie wiedzieć czemu (jeszcze wtedy nie wiedziałem ;)), ale chciałem być miły i kontynuowałem rozmowę, dopóki się nieco już nie przeciągała i w momencie, gdy chciałem się ulotnić, nowo poznany kolega usilnie

trzymając moja dłoń podana w geście pożegnania wskazywał niecierpliwie

na toaletę. Na to odrzekłem, ze ja nie muszę i "nara", a on na to

próbował mnie druga ręką za "klejnoty" chwycić! Na szczęście kung fu się przydało i druga ręką poczyniłem bloczek ;) i pożegnałem młodzieńca...

No cóż... Tajlandia... Później jeszcze podobnych sytuacji się spotka kilka...


Z Sukhothai próbowałem wydostać się stopem i... udało się! Nieco...

Jakoś się nie dogadaliśmy po angielsku i moje dobrodziejki zabrały mnie

do swego domu. Stwierdziłem, ze trzeba skorzystać z nadążającej się okazji, by zobaczyć jak naprawdę żyją Tajowie na wsi. Wizyta okazała się całkiem pouczająca, dowiedziałem się m.in., ze koleżanka pracuje w salonie masażu w Johannesburgu (?) i niektórzy klienci po masażu "chcą czegoś więcej". Była przesympatyczna. W życiu bym nie pomyślał, ze de facto jest prostytutka... Wersja oficjalna dla rodziców jest, ze pracuje w butiku. Jakoś chyba zawiedziona moja postawa była, bo proponowała, ze koleżankę przyprowadzi, jak ona mi się nie podoba... Milo było: napiłem się z tata tajskiej whisky, byliśmy na kolacji, poznałem cala rodzinę, dostałem ksywę „som chai – co ponoć znaczy „dobry chłopak” i raniutko zabrała mnie na masaż przez niewidoma kobietę robiony (100 THB) i wsadziła w autobus do Chiang Mai (175 THB).



Chiang Mai.

Od razu pojechałem do Wat Phra That Doi Suthep na wzgorzu. RozposcieraRozposciera się z niego piękna

panorama. Rano oraz o 18-ej odbywa się codziennie interesująca ceremonia. Było późno i udało się zostać na noc w klasztorze.

Przypomniała mi się Vipassana – w Tajlandii kursy medytacji są bardzo popularne.


Następnego dnia spotkałem się z Alla i ruszyliśmy robić „pętlę” na stopa przez Mae Sariang, Mae Hong Son i Pai.



Mae Hong Son.

Odwiedziliśmy wioskę „długoszyich i wielkouchych” Karen (250 THB) – Huay Soa Toa. W sumie mam mieszane uczucia... Są to uchodzcy z Birmy, żyjący bez wielu praw w Tajlandii. Oplata zawiera zwiedzanie wioski, czyli po prostu przechadzkę po bazarze, gdzie sprzedawcy występują w strojach ludowych. Naprawdę (to

ciekawe) można spotkać i zrobić fotki np. paniom z pocztówek, które to pocztówki są dostępne w całej Tajlandii.

Ze śmiesznostek: próbowaliśmy się po zmierzchu wydostać w stronę Pai na stopa i kilka aut zaoferowało nam podwózkę, tyle, ze gdy po raz trzeci na skutek niedogadania się (?) wylądowaliśmy na dworcu autobusowym, stwierdziliśmy, ze takie nasze przeznaczenie i zostaliśmy na noc w Mae Hong Son ;)!



Pai.

Najcieplej wspominam właśnie to miejsce z całej północnej Tajlandii. W

sumie nic szczególnego tam nie ma, poza możliwością spacerów, ale klimat

jest super! Mnóstwo „backpackerów”, a także o dziwo samych Tajów. Miasto

żyje wieczorem. Najlepiej, ze trafiliśmy do "Reggae Place", z koncertem

reggea'owym no i wszystkim, co sie z tym łączy ;). Ludzie byli tak mili, ze

pozwolili nam rozbić namiot na terenie knajpy po zakończeniu imprezy.

Bucket (czyli wiadro drinka) kosztuje 250 THB. Inne atrakcje 500 THB (dużo).



Chiang Mai.

Bardzo turystyczne miasto z licznymi watami. Zapoznaje tu u Lucy (CS) Craiga i rozkoszujemy się m.in. ulicznym jedzeniem :)!

Można się wybrać na trzydniowy trekking za 1.200 THB (taniocha).


Chiang Rai.

Nie zachwyciło - watów już do tej pory się naogladalim, a i tak nie było ich ani zbyt dużo, ani powalające nie były.

Niesamowity jednak jest nowoczesny wat ok. 20 km przez Chiang Rai – białosrebrny – cudowny naprawdę! J



Chiang Sean.

Po zwiedzeniu Ayutthayi jawi się marna jej imitacja – świątynie mniejsze i bardziej zniszczone, w gorszym stanie. Muzeum w remoncie przez kilka miesięcy.



Złoty Trójkąt.

Potrójna granica Tajlandii, Birmy i Laosu.

Malowniczy zakątek świata nad rzeka, na która spogląda skąpany w słońcu posag Buddy.

Poza tym mnóstwo kramów z pamiątkami oraz arcyciekawe Hall of Opium (300 THB – słono, ale warto) ukazujący historie upraw maku, produkcji heroiny, rodzaje narkotyków, historie wojen opiumowych itp.



Chiang Khong.

Miasto graniczne, na jedna noc ok. Fajny opuszczony dom znaleźliśmy przy rzece, gdzie na werandzie rozbiliśmy namiot. Przyszedł Taj i powiedział, że wszystko ok i obok jest wolny namiot 3 os. i też jak chcemy możemy tam spać - bomba ;)! Zachody słońca nad Mekongiem – pełna magia! J W Chiang Khong przekracza się granice do Laosu.



Pragnę zaznaczyć, ze Tajowie wielce są pomocni, z mojego doświadczenia bardziej niż Laotańczycy. Przejawiało się to głownie bezproblemowym zezwalaniem na rozbicie namiotu (np. przy urzędzie miasta ;)), bądź przechowaniu bagażu, co w Laosie wcale nie było takie łatwe... Często policja pomagała nam złapać stopa do miejsca, gdzie się akurat udawaliśmy! J Wielkie dzięki – kahp koon khap J!


Tajlandia ma świetną siec dróg – bardzo dobra jakość. Wszystko jest łatwe, przyjemne i bezproblemowe, a szczególnie podróżowanie :)!

wtorek, 9 października 2007

Wyprawa do Chin 2007

Czas wyprawy: 21.07 - 18.08.2007 (ok. 4 tyg.)
Uczestnicy: Krzysztof Heimann, Maurycy Sarosiek, Michał Wąsik
Całkowity koszt na osobę: ok. 650 USD +
+ samolot ok. 2.200 PLN (Moskwa – Shanghai - 6854 km) +
+ szczepienia ok. 350 PLN + ubezpieczenie ok. 120 PLN

P – osobiste
O – organizacyjne
I - info

21-07-07 (sob.)

Wylot z Wa-wy 16.05 – przylot Moskwa 20.05 (2h) SU462 (dają drinki w LOT ;))
Moskwa 21.30 – Shanghai 10.10 (8.40h, dnia nast.) SU527

22-07-07 (niedz.)

Shanghai – jesteśmy na lotnisku po 10:00. Moskwa – Shanghai – 6854km! Niestety naszych bagaży brak... L Zgłaszamy zaginiecie i cierpliwie liczymy, że dotrą – co nam innego pozostaje ;)?!
Po wyjściu z lotniska mimo zadaszonego terenu - odczuwamy temperaturę i wilgoć...
O: za wymianę waluty prowizje sobie na lotnisku śpiewają 50Y... Zasadniczo pieniądze się wymienia w Bank of China. Kurs 100USD – ok. 750Y.
O: autobus #5 do Peoples’ Square (16Y).
Przez park można przejść do Bund (wieżowce w stylu europejskim z lat 20-30 XIX w., promenada przy rzece, m.in. Perła Orientu, mnóstwo ludzi).
Z zaobserwowanych ciekawostek: rękawice motorowe przymocowane na stale do kierownicy; rower z przyspawanym grillem (a może grill z rowerem ;)); „nakładki” od łokcia do dłoni (rękawy).
Przechodzimy przez Nanjing Street – deptak, centra handlowe. Oferują nam zegarków, t-shirtów, butów bez liku ;)!
Z ciekawostek gastronomicznych ulicznych: melony, arbuzy i ośmiorniczki na patyku J!
O: nie da się wysłać smsów z polskiej na chińską komórkę. W ogóle w większości przypadków nie można dzwonić z chińskiej komórki za granicę...
Karta telefoniczna kosztowała nas 100Y (ze 130Y utargowane). W tym ok. 50 RMB na rozmowy.
I: Koszt samolotu z Shanghai do Chengdu – 1.420Y.
Zwiedzamy park niedaleko Buntu. W stawach pływają sobie czerwone rybki w dużych ilościach, które ludzie dokarmiają J!
Stare Miasto (Yu Yuan) – odnowione (jak prawie wszystko w Chinach, jak się później okazało), wraz z ogrodami. Nie weszliśmy do środka, bo spóźniliśmy się (wstęp do 17:00).
Trzeba się przebijać przez tłumy ludzi. Przechodząc 10m jest się na 100 zdjęciach ;)!
O: metro kosztuje 3Y.
Jedziemy na kolacje do Hunan Restaurant: ostrygi na ostro, żeberka jednako, jabłka w karmelu, bakłażany, kurczak z orzechami, piwo TsingTao (ponoć jedyne eksportowe).
I: Chińczycy w upal piją wrzątek. Chłodzone napoje to stosunkowa nowość...
O: Shanghai Taxi – taryfa początkowa 12Y, w tym 5 km jazdy.
Zaś udajemy się na piwko do Capitan Hostel – piękny widok na Bund z dachu. Piwo 30-40Y.
Pięknie podświetlony – ogólnie wiele rzeczy w Chinach lepiej wygląda nocą w świetle lampek ;)!

23-07-07 (pon.)

Kochana Kasia pożyczyła nam rowery i wielką frajdę sprawiło nam poruszanie się w szalonym ruchu drogowym Shanghaiu! J
Odwiedziliśmy Świątynię Nefrytowego Buddy (20Y świątynia + 10Y za samego Buddę). Dla chętnych jeszcze 10Y za muzeum – my sobie darowaliśmy…
O: Uwaga! Czasem zdarza się tak, że płaci się wejście do jakiegoś kompleksu, a zaś trzeba jeszcze za atrakcje wewnątrz dopłacać…
Świątynie – mnisi sprawiają wrażenie wynajętych do pokazów… Są bardzo zadbani, w czystych strojach... Tłumy ludzi czynią skupienie - odpowiednie dla świątyni - wręcz niemożliwym… Brak codziennych obrzędów… Ludzie raczej palą kadzidła, kłaniają się z kadzidłami przy czole na cztery strony świata, ewentualnie padają na kolana zwracając dłonie ku górze przed posagami bóstw.
Świątynia buddyjska składa się najczęściej z kilku pomniejszych budynków i głównej świątyni. Charakterystyczne są dwa bóstwa w głównej swiątyni. Są one zwrócone do siebie plecami. Po bokach są albo 2+2 bóstwa (królowie, jeden dzierży „gitarę” ;)), inny jest agresywny, ciemnoczerwony, kolejny znów prawie czarny...), albo Lohanowie (18), albo inni Buddowie, albo jakby bóstwa wychodzące ze ściany (pewnie kopia tych ze skał/grot/jaskiń). W świątyni nie ma krzeseł, wyłącznie klęczniki. Na krześle, biurku siedzą czasem mnisi i pilnują (bądź śpią). Przed świątynią jest ozdobna konstrukcja na wypalone / palące się kadzidła i coś jeszcze o nieznanym mi przeznaczeniu... ;) Na posągach ludzie zostawiają pieniądze, na ołtarzach jedzenie: owoce, nawet próżniowo pakowane produkty J!

P: Wracamy do mieszkania Kasi i dzwonimy po bagaże: albo zajęte, albo nikt nie odbiera, albo mówią tylko po chińsku, albo odsyłają pod numer, gdzie nikt nie odbiera, albo zajęte i tak w kółko… Chcemy jechać na lotnisko, ale paszporty daliśmy Kasi... Rowerkiem do biura Kasi. Jesusowi udaje się dodzwonić i nasze bagaże dowożą do mieszkania ok. g. 20-21.
Rowerami do Old City – takie slumsy, wąskie uliczki, mnóstwo straganów, pierwszy posiłek na ulicy w torebce foliowej (6Y) i… wszystko w porządku! J
Siliupu – przystań promów. Bilety na prom jednak są gdzieś indziej – nie można znaleźć… L

Traffic – porządek jak w ulu ;)! Mnóstwo pojazdów: rowerów, ryksz, motorowerów, motorów, samochodów, autobusów, wynalazków trójkołowych! Ludzie jeżdżą pod prąd, w poprzek skrzyżowania, mało osób baczy na światła, od kierunkowskazów raczej stronią, za to klakson to ulubiony przyjaciel! ;) Są ulice, po których nie można jeździć rowerami. Ba! Nawet czasem na deptakach nie można prowadzić roweru! J Ogólnie przyjęte jest za to jeżdżenie po chodniku! J
Taxi jest raczej tanie. W kilka osób, na niedługich odcinkach opłaca się bardziej niż metro! J Do kierowcy konieczne trzeba mówić "sifu" (mistrzu) ;)!

I: po wizycie w toalecie - charkanie powszechne (nie tylko tam). Nawet, jeśli są drzwiczki do ¾ kabiny, często ich Chińczycy nie zamykają… Są takie toalety (np. przy dworcu w Pekinie), gdzie w ogóle przegródek brak…

I: Zasadniczo brak biur informacji turystycznej w Chinach.

I: woda 1,5l – 1,5-4Y

24-07-07 (wt.)

Z Kasią na Shanghai Railway Station. Kupujemy bilet do Ningbo (102Y). 10:45-14:40 (4h).
O: Żeby wejść do poczekalni musisz mieć bilet. Na kasach czasem jest napisane: "We speak English" J (w sumie tylko w Shanghaiu się z tym spotkaliśmy)!
Ningbo – masakra... Czeski film... Nic nie wiadomo... Wciągamy pierwszy makaronik w knajpce z siedzonkami (7Y).
I: hotel, pokój 2 os. 130=> 120Y – na razie nie korzystamy.
Na pomoc przychodzi nam – jak się zaś okazało – właściciel fabryki tekstyliów (Zhou). Podwozi nas Lexusem na północny dworzec autobusowy.
O: w większych miastach jest np. kilka dworców autobusowych i kolejowych. Trzeba baczeć, z którego odjeżdża twój pociąg. Z różnych dworców są kursy do różnych lokalizacji...
Autobus 1:05 (38Y) do Shenjiamen na wyspie Zhoushan. Autobus jedzie przez ok. 2h (mija się wciąż fabryki po obu stronach drogi). Zaś wjeżdża na prom, płynie się ok. 45 min. i znów autobus jedzie lądem ok. 30 min.
P: Gadamy z młodym Chińczykiem na promie: dlaczego masz długie pazury? Odp.: zapomniałem obciąć... Ups! Ale wtopa... ;)
Shenjiamen – hotel 120Y (cena za pokój). Elegancko! J W pokojach jest wszystko, czego zapragniesz! Do kupienia: bielizna, jedzenie, zupki, napoje, cola, woda, alkohol, prezerwatywy, ręczniki.
Spacerujemy po promenadzie nad morzem. Ślicznie oświetlone statki (ok. 23 gaszą światełka).
P: Spotykamy Benjamina i Matild z Francji. Ich tez Lonely Planet oszukał, że tu wylądowali ;)!
Masaż całego ciała 40Y.

25-07-07 (śr.)

Shenjiamen – ok. 5km od centrum jest Speed Ferry np. o 9:00 (BanShenDong) do Putuoshan (20Y, 45 min.).
Putuoshan (110Y). Przechowalnia bagażu (4Y), 6:00-16:50. Wszystko super zorganizowane. Za wszystkie atrakcje trzeba jednak dodatkowo płacić. Meeega gorąco...
Wielka złota statua Guanyin (bóstwo miłosierdzia), zwrócona w stronę morza.
Klasztor nieopodal...
Mikrobusiki 2-10Y w zależności od odległości.
Mikrobusikiem do Fayu Temple (w świątyni jest wrzątek z kurka J).
Wchodzimy schodami na górę. Schodzący Chińczycy, którzy wjechali kolejką nieco się z nas podśmiechują J...
Droga na zachód od szczytu – nuda...
Paradoks: po drodze widzieliśmy, ze niszczy się wiele gór/wysp na budulec. Z drugiej strony osusza się teraz, tworząc groble i stawia tam bloki...
Miły relaks w pawilonie koło Puji: my i dwóch mnichów różnej płci! J Kontemplacja mrówek... J
Odbieramy bagaże i próbujemy znaleźć - jak z mapy wynika - największą plażę w północnej części wyspy. Treking po klifach, przeprawa przez dżunglę – nie znajdujemy plaży – mapa przekłamana (wg nas ;))! Znajdujemy za to cmentarz...
Nocujemy przy morzu, w nieczynnych kamieniołomach. Kąpiemy się w morzu wschodnio-chińskim. Przepiękne widoki na okoliczne wyspy, plaże, morze...
Nie da się jednak za bardzo spać w nocy – zbyt gorąco... Zbyt wilgotno...

26-07-07 (czw.)

Putuoshan – wczesna pobudka (dopiero nad ranem nieco się kimnęliśmy). Busikiem do przechowalni bagaży. Puji Temple i okalające ją stawy, mosty lukowe, fontanny – naprawdę malowniczo (gdyby nie tyle osób – musimy się w końcu przyzwyczaić, inaczej nie będzie)! J
Noclegi na wyspie są bardzo drogie – ok. 250Y za dwójkę. Ponoć jak już nie przepływają promy, pod wieczór można coś dostać za 100Y (i tak za dużo) ;)...
Zwiedzamy jeszcze źródło nieśmiertleności (dla nas jakiejś choroby bardziej).
P: Spotykamy Benjamina i Matild! J Spali na plaży, bez namiotu, ale się na komary skarżyli J!
12:30 prom do DaXie (Ningbo). 1h woda, zaś 1,5h nie klimatyzowany autobus L...
Chcemy dotrzeć do Huang Shan. Wracając z Putuoshan, oczywiście nie udało nam się zdążyć na ranny autobus, bo dobiliśmy do Ningbo po południu... Należy zaznaczyć, że w Ningbo są 4 dworce autobusowe i trudno się zorientować, z którego jedzie właściwy autobus. Jesteśmy zmuszeni nocować w Ningbo... Hotel 118Y (elegancja: ręczniki, mydełka, klima to MUS, porządeczek), koło dworca autobusowego. Idziemy na I-net. Kafeje gigantyczne – „lotniska” i mnóstwo osób, ale często zadymione... Wcinamy pierwszego arbuza w Chinach – pycha! J
Kolejna dygresja: miasta są ogroooomne i wiele bardziej nowoczesne, niż się spodziewałem.

27-07-07 (pt.)

Autobus z Ningbo do Huang Shan City (Tunxi) 7:25 (108Y, 8h, jeden autobus dziennie).
Na dworcu autobusowym spotykamy Amerykanina, który się mega wkurza, że wszyscy go co chwila zaczepiają, oferują jedzenie, herbatę, ale nikt nie oferuje rzetelnej informacji. Rysuje nam mapkę Tankkou J.
Huang Shan City (Tunxi) – Tankkou (13Y, 1,5h). Pada! L Wreszcie! J Meeega wielkie jezioro po drodze mijamy...

Tankkou. Spotykamy Simona (Mr. Cheng, +86 130 855 926 03) - Chińczyka, który bardzo dobrze mówi po angielsku. Zagaduje nas w markecie. Załatwia nam minibusik za 40Y do wschodniego wejścia do Parku Huang Shan. W restauracji spotykamy Czecha – Petera, który pracuje jako kelner w lepszych restauracjach na całym świecie i podróżuje sobie (Indie, Nepal, Bhutan, Kambodża, Wietnam, Tajlandia (!), Laos (!), Filipiny, Brunei – muzułmanie)! J Mówi o dziurze w plocie, która potrafi zaoszczędzić 200Y (100Y stud.).

Huang Shan. Dojechaliśmy pod bramy po zmroku... Było ok. 21 (zaczyna się ściemniać po 19)... Najpierw szwędając się wchodzimy na jakieś podwórze, skąd nas oddelegowuje policja. Jest mokro po deszczu... Po oględzinach udało się w krzaczory wejść i przez meeega stroma zbocza, bujnie porośnięte, zaliczając glebę od czasu do czasu (nawet gałąź mi okulary "ukradła"), udało nam się po ok. 1-1,5h dojść do „oficjalnej” ścieżki! :) W drodze są wykute schody, bo góry są naprawdę kosmicznie niedostępne...
Najpiękniejszy wieczór: zero ludzi, chłodniej, poświata księżyca (prawie pełnia), strzeliste góry i po kolejnych 2,5h wspinaczki (ok. 24) dochodzimy do Bei Hai (prawie szczyt).
Rozstawiamy centralnie nasz „domek” przed burżujskim hotelem z dwójkami za 1280Y (najtańszy pokój), obok innych namiotów, których wynajem kosztuje (jak się zaś dowiedzieliśmy) 200Y ;)! Jest ok. 1:00 w nocy, jak idziemy spać J! Ale jacy szczęśliwi! J

28-07-07 (sob.)

Huang Shan (Bei Hai) wstajemy na wschód słońca 3:00-3:30. Meeega zaspani podążamy za rodzącymi się tłumami do Bright Summit (jakieś 45 min. marszu po 2h snu).
P: Spotykamy parkę Anglików (dziewczę studiuje anglistykę, miała rok przerwy na prace w biurze, ponoć w Pekinie browar chodzi za 5Y w dzielnicy Backpackerów – nie doświadczyliśmy L).
Powoli robi się jasno... Czekamy długo... Mnóstwo Chińczyków - każdy robi zdjęcia czym popadnie (aparaty, telefony - nie mam aparatu zaznaczam, wiec nie wiem, jakaż to przyjemność J). Wreszcie około 5:15 niespodziewanie mocno czerwone słońce prześwituje zza chmur J... I po 5 min. było po wszystkim :)!
Wracamy do namiotów na boisku do koszykówki, a tam już o 7 dzikie tłumy i koniec spania... Szybko zwijamy namiot (nikt o nic nie pyta, tylko pracownicy patrzą na nas nieobecnym wzrokiem). W hotelu Bei Hai za darmochę można zostawić bagaże, co robimy. Przebywamy trasę do Shixin Feng, zaś (już z plecakami) przez północną stację kolejki, z powrotem do Bright Summit (3km – 1h), następnie do kolejki zachodniej (znów dzikie tłumy).
Odbijamy na Celestian Mountain (1.819 m npm). Szczyt Kwiatu Lotosu niestety zamknięty, podobnie jak położone poza parkiem ciepłe źródła – remont, ponowne otwarcie 2008. Celestian Mountain (inkl. Heaven Staircase) ekstremalnie strome zarówno w górę, jak i w dół (uwaga na kolana!), bardzo wąskie przejścia (trzeba było plecak przed sobą nieść!), ale niesamowicie! Widoki śliczne!:) Tuz przy zejściu straszny hałas od świerszczy – niewiarygodne J...

Mountains – natura… może dlatego, ze byliśmy w „scenic spots” natura była okiełznana: wycieczki po świętych górach odbywają się z góry wyznaczonymi szlakami, najczęściej po schodach (stromych). Chińczycy preferują wjazd na górę kolejką, schodzenie schodami, albo powrót również kolejką. Chodzenie po górach dla chodzenia po górach – niezrozumiała rozrywka ;)…

Bambus – super roślina, bardzo praktyczna. Robi się z niego nosidła dla tragarzy, a także rusztowania na budowie (i pewnie 1000 innych rzeczy, o których nie mam pojęcia ;)).

Mimo to Huang Shan są zaprawdę malownicze, skrywa je często mgła, są strome, strzeliste, miejscami bardzo gęsto zalesione, miejscami zupełnie nagie, z gigantycznymi głazami...
I: Chińscy przewodnicy mają megafony przy pasku... Gdy zbierze się kilku w jednym miejscu przekrzykują się nawzajem L... „Trochę” to psuje ciszę gór... Wycieczek zorganizowanych całe mnóstwo. Uczestnicy chodzą w identycznych czapkach, koszulkach, z identyfikatorami podążając za chorągiewką trzymana przez przewodnika! Super organizacja ;)!
Nieco sfatygowani dotarliśmy na dół...
Po wyjściu z parku zadzwoniliśmy do Simona, żeby wysłał po nas taxi z Tankkou (taniej niż taxi spod parku). Po pewnych perturbacjach wraz z parą młodych Chińczyków pojechaliśmy za 60Y do miasteczka (taxi spod parku 80Y).
Simon – trochę folkloru poznaliśmy... Jeśli je się u gościa (min. kwota), załatwia np. bilety autobusowe bez prowizji. Jeśli nie – trzeba dopłacić... Nie jest to jednak oficjalnie nigdzie napisane, powiedziane. Ok - jest logiczne, ale mało przejrzyste, dlaczego inne ceny się co chwila pojawiają... Dla Chińczyków ważne jest by zachować twarz („face”). Zapłaci on nawet za nierzetelnych turystów kierowcy taksówki, byle by być szanowanym wśród społeczności...
Simon załatwia nam syfiasty hotel (chyba 80Y) z gościem-jeleniem oraz karaluchem (gigant) śmigającym na dzień dobry po korytarzu. Hotel w cenie takiego z mydełkiem, ręczniczkiem itd., tylko wygód brak. Spędzamy jeszcze chyba z pól godziny na negocjacjach dot. klimy... Otóż ponoć normą jest, że centralnie klimy się wyłącza ok. 5 rano... My negocjowaliśmy by była włączona do 9am za dodatkowe 10Y...
Gość robił też wielki problem, że idzie spać i nie będziemy mogli późno wrócić... Udało się mu uświadomić, że komóreczka zadzwoni, to grzecznie wstanie nas wpuścić...
Tankkou zasadniczo jest nudne... Są dwie duże ulice po obu stronach rzeki i wciąż ktoś nagabuje na herbatkę, „chifan” (obiad), bilety albo inne duperele...

29-07-07 (niedziela)

Tankkou. Idziemy sobie na Internet
Ok. 11:30 wciągamy obiad u Simona – angielskie menu (wołowina, sos sojowy, cebulki, bakłażan) zaoszczędzając na tym 10Y prowizji za bilety, którą to wcześniej pobrał, bo nie mieliśmy ochoty się obżerać na noc, tylko nas na owoce naszło ;). Dostajemy bilety do Jiuhua Shan (35Y).
O: można pewnie kupić bilety w hotelu, koło którego zatrzymują się autobusy. Idąc od Huang Shan City (Tunxi), w Tankkou trzeba podejść nieco wyżej niż się zatrzymał autobus z Huang Shan City, po prawej stronie – najlepiej zapytać ludzi J!
I: Z Huang Shan do Jiuhua Shan autobus 13.30, 51Y, 215km (my nie korzystaliśmy).
O 13:20 miał być autobus. Po malej obsuwie jedziemy. W autobusie „Ong bak”. W Chinach naprawdę filmy o sztukach walki są popularne! J Ok. 18 miał być u celu. Po drodze - bez stresu – trzeba się przesiąść do mniejszego busika. Tenże busik dojeżdża dokładnie pod bramę dolną parku Jiuhua Shan (zaraz do wykasowania za wstęp ;)). Bilecik normalny kosztuje 140Y (50% zniżki dla studentów).
O: Polak potrafi, czyli rada – kombinować. Ponieważ (naciągane tłumaczenie) bilety do parków są mega drogie, można np. kupować na legitymacje studenckie, albo dowód osobisty, albo cokolwiek w różnych kasach bilety ulgowe i przekazywać dalej geriatrii. Przy wejściu nie sprawdzają legitymacji. Dojazd do wrót parku autobusem (1x tam i z powrotem) jest wliczony w cenę biletu. Wstępy do większości zabytków tez są darmowe (nie dajcie się naciągnąć na świątynię zaraz przy wjeździe – będą takie jeszcze darmowe). Tradycyjnie: podświetlenie wiele uroku dodaje miastu J (takie małe w środku parku). Trafimy na operę chińską z mega przesterującymi głośnikami ;)...
O: raczej w Chinach z namiotem trudno, bo wszędzie pełno ludzi i teren raczej nie sprzyja...
My próbujemy się rozbić, gdzie tylko można - w ramach tradycji i po prostu sympatii do spędzania nocy „na dzikusa” ;)!
Po długich poszukiwaniach koło jakiegoś cmentarza się rozbijamy (dobra miejscówka obok w kamieniołomach akurat przez jakąś parkę zajęta), ale rano wcześnie trzeba wstawać, bo Chińczycy od samego rana już baraszkują...

30-07-07 (pon.)

Jiuhua Shan. Udało się za darmo w hoteliku zostawić bagaże. Nieco nam się traska pomyliła (tak się dobrze szło), ale na pomoc przyszedł busik ;)! Podążamy na szczyt wschodnim wejściem. Wiele świątyń tutaj faktycznie działa. Są wiele bardziej klimatyczne niż w Huang Shan, widać mnichów, mniszki (ubrane jak mnisi), wiele knajpek / noclegowni mija się po drodze (warunki bardzo podstawowe, ale pewnie tanio). Tutaj również można sobie zafundować (w ramach pielgrzymki ;)) wjazd kolejka linowa na jedna ze świętych gór.
P: Przy świątyni blisko szczytu spotykamy Szweda (Lars) wraz z azjatycka małżonką.
Mimo grzmotów wchodzimy na najwyższą górę. Mały Chińczyk w klapkach biega po górach koło nas jak kozica, co nas w kompleksy nieco wpędza... ;)
Schodzimy, by zdążyć odebrać Krzycha. Autobusem do dolnej stacji parku (wejście). Dostaję właśnie telefon od Krzycha, że jest już na górze! A ja na dole... Po negocjacjach udaje mi się nie płacić za autobus jadący znów do wrót parku. Udało nam się spotkać z Krzychem, a wszyscy się śmiali, że miejsce spotkania będzie „ przy murze chińskim” ;)! Żłopiemy piwko na tę radosną okoliczność na Laojia (stara ulica). Dosiada się Xuqing (Chińczyk). Prosi, czy mógłby z nami się jutro w góry wybrać – no dobra ;)...
Tym razem już obczailiśmy w czasie dziennych wędrówek lepszą miejscówkę na namiot, na jakimś gruzowisku, blisko centrum J!

31-07-07 (wt.)

Jiuhua Shan. Pobudka ok. 6:00. Zostawiamy plecaki w hotelu (innym niż poprzednio). Na śniadanko wcinamy pierożki, michę płynnego ryżu, jajco i tofu – całość za 5Y J! Po telefonie spotykamy się z WuXing. Objaśnia nam symbolikę poszczególnych Buddów. Guanyin jest na przykład od płodności (kobiety, które chce mieć synów proszą ją o to), a także od pokoju.
Tym razem wybieramy wejście zachodnie. Po drodze mijamy również świątynie i jaskinie, lecz nie w takiej ilości, jak przy wschodnim wejściu. Znajdujemy super miejscówkę na kąpiel, wraz ze skakaniem i prysznicami (wodospady) ;)! Z powodu wzmożonej koncentracji na parcie do przodu, minęliśmy zejście w prawo (koło zagospodarowanego miejsca – daszek, schody), ale za to widzieliśmy trzy inne szczyty (koniec szlaku). Nasz Wuxing nieco się zmachał wedrując z nami, szczególnie, że się z jeansach wybrał. Kończył wyprawę z slipach ;)! Docieramy na szczyt, ten co poprzedniego dnia (ale Kris nie widział) i schodzimy szlakiem, którym poprzedniego dnia wchodziliśmy. Po drodze upatrzone już miejsce z „basenikiem” (szambikiem;)) w potoku, gdzie rozochoceni poprzednią kąpielą postanawiamy się schłodzić. Ucztujemy tez za ok. 50Y na cztery osoby.
P: do teraz Krisa nogi bolą ;)

Food – generalnie jedzenie nawet w restauracjach jest tanie. Jedzenie pierogów / pyz na ulicy na śniadanie może się znudzić… Można wielu egzotycznych rzeczy spróbować (np. mango J, dragonfruit). Podróżując z plecakami nieco szkoda czasu na codzienne długie celebrowanie posiłku jednak ;)…
Jako zapychacz najczęściej zamawia się ryż lub makaron oraz dodatki („lepszejsze”) – wszystko na obrotowym stole. Zazwyczaj ilości są gigantyczne, wiec lepiej mniej zamówić, jeśli chce się od tego stołu jeszcze wstać ;). Miłe jest, że herbatę dają praktycznie bez ograniczeń ;).
W Chinach wpadli tez na coś, na czym miałem zbić fortunę w Polsce, a mianowicie na napojach mlecznych – acydofilnych ;)! Pyszniutkie owocowe mleczka za 3-4Y z lodóweczki!
Piwo raczej jest mizerne i zdarza się, że nawet go do lodówy nie ładują...
Jest też mnóstwo przydatnych dla podróżników suszonych orzeszków, owoców, warzyw (np. fasola) często w dziwnych sosach, z dziwnymi przyprawami (mi smakowały) 2-3Y.
Owoce można nabyć pojedyncze najczęściej za 1-2Y (1Y banan, 2Y asian pear – gruszko-jabłko). Oczywiście lepiej kupować na wagę większą ilość, niż pojedyncze sztuki – taniej.
Wrzątek można otrzymać w takich miejscach jak: dworce, pociągi, świątynie – choć nie zawsze jest...

W jednej ze świątyń paradował całkiem uroczy kogut J! Super to kontrastowało z posągiem Buddy obok! J
Jako wymagający biali turyści, mimo, że dość późno już zeszliśmy z gór, udało się nam przekonać obsługę (telefonicznie – Wuxing oczywiście), żeby przysłali nam autobus J! Zabieramy plecaki (tym razem już pan zapragnął na nas zarobić) i podążamy na autobus, który miał niby być o 21 dowożący do wejścia do parku. Po jakimś czasie tracimy nadzieję, że przyjedzie i udajemy się na reklamacje do pobliskiego biura (24h).
I: ciekawym jest, że w wielu zawodach ludzie praktycznie są 24h/dobę w pracy. Śpią po prostu w miejscu pracy. Mają parawanik, łóżeczko i w razie jak ktoś przyjdzie po nocy śmigają w eleganckiej piżamie ;). Tak było i w naszym przypadku! ;)
Telefonik uczyniony przez mila panią i już za chwile zjawia się autobus J!
Jest ok. 22. przy wejściu też wszyscy szykują się do spania. No to my za ich przykładem. Centralnie rozbijamy namiot (a raczej sama moskitierę) na parkingu J.

01-08-07 (śr.)

Jiuhua Shan. Wstajemy tradycyjnie wcześnie, bo o 7:00 autobus do Wuhan (129Y). Puszczają znów film kung fu Nieustraszony („Fearless”) z Jetem Li. Około 15:30 docieramy do Wuhan. Po drodze ok. 12 przerwa na obiad. Chińczycy sztywno trzymają się rytuału posiłkowania o tej właśnie godzinie.
W Wuhan rozbijamy się taxami, bo zależy nam, by zdąrzyć na jakiś środek transportu tegoż dnia (2x: 9Y i 17Y). Najpierw do innego dworca, zaś na przystań promów.
O: Ctrip pomogą tylko w rezerwacji pokojów, samolotów i wycieczek. Nie pośredniczy w rezerwacji biletów. Z naszego późniejszego doświadczenia w Pekinie wynika, że ceny z ich ofert pozostawiają wiele do życzenia budżetowemu turyście, wiec my w ogóle z ich usług nie skorzystaliśmy. Szkoda pieniędzy na telefon...
Brak miejsc na pociąg do Chungqing, do Yichang już odjechał.
Prom na druga stronę rzeki (1Y).
Spływy po Jangcy zaczynają się za Yichang (za tamą). Promy pływają albo do Chungqing, albo Fengjie i z powrotem. W biurze turystycznym oferta za 550-650Y w 6-os. pokoju. Żart... ;)
Jedziemy autobusem do Hankou Railway Station. Kupujemy bilety na następny dzień do Yichang.
Próbujemy noclegu od „babuszki”. Miejsce nędzne (chyba najgorsze, w jakim spaliśmy), choć jest klima i prysznic (90Y / pokój, w tym 10Y dla „babuszki” za doprowadzenie). Pamiętać należy, że Chińczycy raczej śpią na twardych łóżkach (bambusowa makatka na desce). Podstawa w pokoju jest klima, bez której trudno w ogóle tam egzystować! :) Łazienki są łączone z ubikacją :)! Mieliśmy też maskotkę w pokoju w postaci karalucha giganta, ale gdzieś się nad ranem zawieruszył... ;)
Urządzamy sobie spacer slumsami Wuhan (w sumie to tam spaliśmy) - mnóstwo małych straganików na ulicy. Zabawne jest to, że syfik to równoległa ulica do mega komercyjnej, z firmowymi sklepami, po prostu nieco w głębi... Bronxy mają ten plus, że jest tanio. Posilamy się arbuzem na krawężniku wraz z mieszanka ulicznej woni i innymi specjałami (2-3Y).

02-08-07 (czw.)

W Wuhan przy dworcu po raz pierwszy widzieliśmy tai chi z wachlarzami...
8:40 pociągiem do Yichang (49Y). Pada. W czasie posiłku Kris (najlżejszy) rozwala plastykowe krzesło w przyulicznej knajpce i jest kupa śmiechu ;)!
Autobus do Ming Piao (pierwsza miejscowość za tamą, +- 13Y), czyli ogólnie do Trzech Przełomów (San Xia) – bardzo malownicza droga przy Jangcy. Przejeżdżamy tez przy tamie.
Ming Piao – oblężenie naciągaczy różnej maści – brrr... Pewien przedsiębiorczy sklepikarz dowozi nas do przystani (20Y, jak się później okazało – taxi 8Y) L... Kupujemy bilet w ostatniej klasie (chyba szóstej) za 66Y do Fengjie (pierwsza miejscowość za przełomami).
Przy przystani oferują nam nocleg za 20Y od osoby. Udaje nam się jeszcze stargować do 18Y, co czyni to najtańszym noclegiem w czasie naszego wyjazdu J. Mamy jeszcze trochę czasu, wiec jedziemy taksą do miasta (ok. 5 km) na I-net i jedzono. Miasto ok. 23 zamiera totalnie... W pokoju witają nas dwa przyjazne nastawione karaluchy J...
P: W przypływie dobrego nastroju po napitku wyskokowym produkcji chińskiej, robimy jeszcze nocne pranie.

03-08-07 (pt.)

Ming Piao – rano przyszedł pan policjant do pokoju, bo tylko jeden paszport daliśmy do spisania dnia poprzedniego (w hotelach wypełniają swego rodzaju meldunek).
O: Często też pobierają kaucję, więc trzeba uważać na kwitki.
Zupełnie go zignorowaliśmy: nie mowił po naszemu, spieszyliśmy się na prom i nie chciało nam się wypełniać 15 min. bezsensownych formularzy... Pan podziękował i sobie poszedł ;)!
Nasz budżetowy prom miał płynąć o 10:30. Wypłynął po 12... W ogóle trudno było trafić na właściwy prom, bo mało osób kompetentnych po drodze (zero obsługi). Sama łajba odpowiadała cenie, jaką za nią zapłaciliśmy – tragedia... Dla Krisa – fana dirtów – rewelacja! ;) Za miejsce na górnym pokładzie trzeba dodatkowo 10Y dopłacić. Zanim to zrobiliśmy pan musiał się napracować, by nas stamtąd za darmo wywalić ;)! Nieco nerwów go to kosztowało ;)! Złodziejskie praktyki... Dobrze, że żadnych kabin nie kupiliśmy - syf straszny, a i tak nie mieliśmy zamiaru spać. Łajba cała przerdzewiała, najgorszy kibel, jaki w całych Chinach widziałem (łącznie z łazienką), wszystko kiczowate (lustrzana kula w bawialni), kotłownia, kuchnia – bleee... Smród na całym statku, woda leje się nie wiadomo skąd...
Same przełomy (mają być w 2009 zalane) – bez rewelacji... Ogólnie jak się płynie cały dzień – nudno... Tym bardziej, że poprzednie dni też w podroży spędziliśmy (pociąg, autobus) i mało zabytków po drodze... Bardzo kiepski film kung fu puszczają, ale winko nieco łagodzi jego kiczowatość...
Gdyby prom nie wypłynął z opóźnieniem, to może ostatni przełom (najkrótszy – 8 km) byśmy widzieli w dzień, a tak – w nocy...
Do Fengjie dobijamy po zmroku. Wygląda, że mało turystów tam dociera. Jemy na ulicy ichnie pyszności. Znajdujemy nocleg po negocjacjach na 4 p. (Chińczycy nie lubią cyfry „4”, bo brzmi podobnie do „śmierci” w ich języku). Mamy tylko wiatraki, a łazienka na korytarzu (ale noc nie jest aż tak gorąca) – 60Y / pokój. Należy zaznaczyć, że nawet w największym syfie (a tu było ok), zawsze jest świeża pościel.

04-08-07 (sob.)

Fengjie. Kupujemy bilet na autobus do Chungqing (153Y), ale dopiero na 10:30 (wcześniejszy o 7 ileś tam nam uciekł). Szwędamy się po jedynej uliczce.
Droga bardzo malownicza, przez góry, wąskie dróżki, często przy potoku. Smacznie śpię, a tu: bum! Autobus nie zmieścił się między TIRa z przeciwka, a rynsztok – koło tam wpadło (dodatkowo jeszcze na „poboczu” były zaparkowane inne auta). Czyni to około 1,5h przerwę w transporcie... I tak cud, że tylko raz się nie zmieścił. Po drodze widać było cale pojazdy w przepaściach...
Chongqing – przyjeżdżamy nocą, nie wiadomo dokąd (jakieś przedmieścia)... Bierzemy taxi na dworzec (+-20Y).
O: autobusy jeżdżą tylko do ok. 20-20:30. Pociągi i autobusy dalekobieżne sporadycznie jeżdżą nocą...
Jedziemy taksą na dworzec i dajemy się zaprowadzić „babuszce” do noclegu za 60Y.

05-08-07 (niedz.)

Chongqing. Tradycyjnie wczesna pobudka. Kupujemy bilet do Leshan (106Y).
W Leshan ludzie byli dla nas bardzo mili i pomocni. Na dworcu przechowalnia bagażu (1Y, do 18). Do Da Fo (Wielki Budda) jedzie autobus #3 zaraz z na przeciwko dworca. Wstęp 70Y (35Y stud.). Niedziela – meeega kolejki... Sam Budda robi imponujące wrażenie z dołu.
Autobus (42Y, super elegancki, z darmowa woda – jedyny raz) do Chengdu.
W Chengdu taksa do Backpackers hotel, ale chce 150Y za dwójkę. Myślę, że nie warto w ogóle korzystać z hosteli – są droższe niż rodzime noclegownie, bo nastawione na turystów zagranicznych. Oferują, co prawda różne wycieczki, ale i tak taniej samemu je zorganizować.
Znajdujemy hotel za 70Y kaucja 30Y (tylko 2 łóżka, brak klimy i klaustrofobia). Bujamy się dwoma rykszami po nocy (10Y za jedna). W Chengdu jest deptak, ale ok. 23 wszystko martwe... Do hotelu taxi 8Y.

06-08-07 (pon.)

Chengdu. Udajemy się po bilety do Xi’an – tylko twarde siedzenia dostępne za 105Y.
Jedziemy busem #9, zaś #523 do Instytutu Pandy (+-45Y) – bardzo urocze stworzenia! Mnóstwo białasów, pogoda mgielna... W ogrodzie są dwa rodzaje pand: zwykła i czerwona. Naprawdę można spędzić kupę czasu podglądając milusińskich i pstrykając im fotki.
O: nie jedzcie meleksem – to nieprawda, ze idzie się do Nursery 1/2h...
W Chengdu szwędamy się po sklepach.
Próbujemy jedzenia syczuańskiego (podobno najostrzejsza z chińskich kuchni), ale chyba cos kiepsko trafiliśmy...
O: Dokonuje wypłaty z bankomatu 2000Y (prowizja ok. 20 pln).
20:52 pociąg do Xi’an.

07-08-07 (wt.)

Xi’an. Znajdujemy hotel za 60Y (łazienka na korytarzu, klima jest). Jest już po południe.
Pagoda Wielkiej Gęsi 35Y (25Y stud.) – tak naprawdę tylko oplata obejmuje teren przyległy do Pagody. Za wejście na sama Pagodę należy zapłacić dodatkowo 10Y, co serdecznie odradzamy (waliło pokostem, w środku praktycznie nic nie ma, a na górze mega tłumy do malutkich przeszklonych okienek z panorama jak z wieżowca). Lepiej wejść za darmo na Pagodę w Jiuhua Shan.
Pagoda Malej Gęsi – już zamknięta, ale i tak po poprzednich doświadczeniach pagodowych nie dali byśmy się nabrać.
Podglądamy jakieś tańce na ulicy oraz spektakl z pompa przy bramie południowej.
Dzielnica muzułmańska wieczorem – super podświetlenie!

08-08-07 (śr.)

Xi’an – muzeum (35Y) – warto, choć w Zakazanym Mieście też jest, co oglądać.
Dzielnica muzułmańska, tym razem w dzień. Meczet (25Y) – bardzo przyjemnie J.
Świątynia Ośmiu Nieśmiertelnych (3Y).
Docieramy do Muzeum Banpo, ale już jest zamknięte... Mega nieprzyjemnie: brak hotelu (tylko jakiś obskurny burdelik), próbujemy coś znaleźć z wielkimi plecarami, wszyscy Cię skanują, gorąco, nędzna okolica...
Jedziemy jakimś autobusem z powrotem do miasta. Znajdujemy hotel po negocjacjach za 60Y / pokój (trzeba dopilnować, żeby na kwitku napisali to, na ile się umówiliście, bo nas na 10Y opitolili – niedużo, ale dla zasady niedobrze). Robimy pranko w pralce! J
Postanawiamy zakosztować luksusów i wybieramy się na obiad do restauracji J! W mało turystyczną cześć dobiliśmy i niemałe poruszenie wywołaliśmy swoja obecnością J! Obsługa aż z kuchni wychodziła, by nas oglądać, a bez tego było jej bez liku ;)! Bardzo jednak dbali o nas. Był problem z zamówieniem czegoś, bo szlaczki... Ulegliśmy ich propozycji i – jak się później okazało jedliśmy hot pot (68Y). Na środku stołu jest palnik, na nim stawiają gar z niby zupa. Do tego zamawia się dodatki, które się wrzuca do owego gara, zaś wyławia i konsumuje. My zamówiliśmy najpierw kurczaka, ale był z kośćmi. Po ugotowaniu kurczęcia, na tym co zostało gotuje się np. grzyby, tofu. Ogólnie niezła zabawa była J! Popilim bronkiem, zagryzlim słodkościami z marketu i było git ;)!

09-08-07 (czw.)

Xi’an – pada deszcz. Jedziemy z powrotem do Muzeum Banpo (35Y) – ruiny neolitycznej wioski pod dachem z kilkoma animacjami na komputerze. Nie robi powalającego wrażenia... Najbardziej interesujące były chyba fotografie prymitywnych ludów za Amazonii i Afryki (taka bonusowa wystawa).
P: Musimy wrócić do punktu wyjścia – koło dworca – nasze wycieczki z plecakami po Xi’an i zmiana noclegu – bez sensu...
I: ludzie transportują na rowerach niebotyczne ilości towaru – szok J!
Autobusem #306 do terakotowej Armii (+-23Y). Tabuny turystów.
I: panuje opinia o białych, ze są piękni / ładni i dlatego Chińczycy ich lubią ;)!
I: raczej niewiele kobiet w Chinach goli nogi, ew. włosy pod pachami, ale jak to ich facetom nie przeszkadza, to ok ;)!
U Terakowych Wojowników (90Y, 45Y stud.)Też szkoda pieniędzy na meleksa – nie jest tak daleko.
Zabytek ciekawy, choć przydaliby się przewodnik (mimo opisów po ang.). Na zdjęciach widać tylko tych posklejanych. W rzeczywistości większość z wojowników wala się rozwalona po glebie i dopiero ich rekonstruują... Ogólnie jednak – warto.
Wracamy na dworzec kolejowy. Jedziemy hard sleeperem (85Y) do Luoyang.

10-08-07 (pt.)

Luoyang. Docieramy na miejsce o 1:00am. Nic już nie jeździ o tej godzinie i jesteśmy zmuszeni szukać noclegu. Dwie przecznice od dworca (już bez pomocy „babuszek” – trzeba się nauczyć znaczków na hotel – binguan) znajdujemy bardzo porządny hotelik (60Y/pokój).
O: polecamy zawsze jak najszybciej uciekać od naciągaczy różnej maści sprzed dworców i samemu szukać sobie hotelików. Na pewno w pobliżu cos się znajdzie, ew. trzeba będzie kogoś zapytać, można wybrać cos przytulnego i nie trzeba płacić za „doprowadzenie”.
Rano autobusem #81 (3Y) jedziemy do Longmen (80Y).
P: Po drodze śniadanko w knajpce.
Bardzo okazały kompleks jaskiń z rzeźbami Buddów (Budd?!) różnych rozmiarów. Spaceruje się wzdłuż rzeki, po jej obu stronach. Obejście całości zajmuje kilka godzin, lecz naprawdę warto! Panuje bardziej autentyczny klimat, niż w większości zabytków, ciekawiej, większa różnorodność niż w Leshan.
P: Pogoda tylko nieco niedopisuje, ale nie jest zimno mimo mżawki.

Monuments – Rewolucja kulturalna… z tego, co czytaliśmy i widzieliśmy w czasie jej trwania multum zabytków uległo zniszczeniu. Większość rzeczy, które teraz się ogląda sprawia wrażenie, że zostały wyprodukowane w Disneylandzie i rok temu tam wstawione… Trzeba jednak przyznać, że może właśnie dlatego miejsca turystyczne są zadbane, wszystko jest ładnie odmalowane (przygotowania do Olimpiady). Nie mniej jednak brakuje nieco autentyczności, mistycyzmu, klimatu i spokoju…

Wracamy na dworzec autobusowy do Luoyang i jedziemy do Shaolinu (16Y). Docieramy, gdy już wszystko zamykają, tylko udaje im się nas wykasować na 100Y za wstęp.
O: można pewnie wejść pod wieczór do kompleksu i nie płacić wstępniaka. Nie zobaczy się co prawda świątyni wewnątrz (i tak odbudowana), las pagód tylko zza płotu, ani nie wejdzie do szkoły na pokaz kung fu, ale można pokazy obejrzeć, które odbywają się koło drogi i jest to tańsza opcja dla „nie-maniakow” Bruce Lee ;)!

Podążamy w mniej uczęszczaną część parku i nocujemy przy ścieżce z zejściem schodami do rzeki – super!
P: zimno... brrr...

11-08-07 (sob.)

Shaolin - zwiedzamy las pagód, świątynie (Shaolin Si), szkołę kung fu.
Biorę udział w pokazie jako wolontariusz J!
Oglądamy pokazy na świeżym powietrzu (można sprawdzić godziny pokazów na tablicach lub w informacji turystycznej przy wejściu). Końcówkę wieńczy patriotyczny akcent – flaga Chin. Ogolenie raczej chłopcy, nie starsi mistrzowie biorą udział w pokazach. Dużo gimnastyki, akrobatyki, różnych rodzajów broni, mniej walki wręcz / sparingów...
W części sklepowej raczej gadżety, niż autentyczne przyrządy do kung fu – kiczowate...
W informacji turystycznej można zostawić bagaż za darmo.
Szwędamy się po największej szkole „Ta Gou”. Warunki spartańskie: piętrowe łóżka, kilkunastu chłopców w pokoju, trening kilka godzin przed i po południu. W ciągu dnia czas na pranie, sprzątanie, jedzenie. Próbujemy ich specjałów w kuchni, której na pewno Sanepid by nie zaakceptował ;)! Za to bardzo tanio! ;)

Kung fu – gdzie mistrzowie z tamtych lat?! Kung fu (poza tai chi) nie jest popularne wśród młodzieży, nawet na zasadzie w-fu. Wybierają edukacje, by zaś zarabiać krocie. Można spotkać w miejscach publicznych (np. przy dworcach, w parkach, na ulicach) babcie i dziadeczków ćwiczących tai chi (nawet z mieczami).

Autobusem do Luoyang (16Y). Zostawiamy bagaże na dworcu kolejowym (4Y).
P: Szwędamy się trzy godzinki po miesicie.
Ładujemy się w hard sleeper do Taiyuan (175Y).
P: Baaardzo niemile panie w kasach. Brak miejsc na pociąg do Pekinu.
I: Za 220Y można się dostać autobusem sypialnym do Pekinu.

12-08-07 (niedz.)

Taiyuan.
I: widzimy kobietę, która na ulicy pozbywa się nadmiaru mleka z piersi...
By dojechać do Pingyao należy wysiąść na ostatnim przystanku autobusu #611 (Jian Nian). Autobus do Ping Yao (25Y).
Ping Yao – brak bezpośrednich pociągów i autobusów do Pekinu. Trzeba jechać przez Taiyuan.
Ping Yao (120Y, 60Y stud.) – ładne miasteczko z dynastii Ming, otoczone murami, z zachowana ponoć w większości oryginalna architektura. Na głównych ulicach mnóstwo straganów z pamiątkami, na miej uczęszczanych gruzowiska ;). Bilet uprawnia do wejścia do świątyń konfucjańskich, na bramy (nas wpuścili tylko na trzy, zamiast czterech L), mury.
O: można nie płacić wstępu, chodząc tylko po mieście – nikt nas nie sprawdzał...
Byliśmy na masażu stop (30Y/h/os.).
Ok. 19:10 pociąg na stojaka do Taiyuan (25Y).
Udaje nam się kupić tylko dwa miejsca na hard sleepera i jedno twarde siedzenie (wylosowuje je Kris). Wyjazd do Pekinu 21:30 (hard sleeper ok. 120Y).

13-08-07 (pon.)

ok. 8:30 lądujemy w Pekinie (dworzec zachodni/główny). Do ok. 12 łazimy z plecarami i szukamy noclegu. Już niby mamy, chce płacić, a tu się okazuje, ze nie dla białych i „rząd nie pozwala” i nas wywalają... W kolejnym trwało to wszystko tak długo, że Kris zdąrzył zaliczyć darmowy prysznic ;)! W takich hotelikach pokój kosztował ok. 100Y. W tych dla białych min. 300Y L!
O: Polecamy nocleg Shun An Kang, na przeciw szpitala Yu Yuan. +86 10 630 323 28, 6303 2328, 6315 0335 (120Y za dwójkę z dostawka).
P: telefon do Kasi BW.
Tian Tai (Świątynia nieba, 15Y/8Y stud. – same ogrody). Park nie zachwyca, za to znajdujemy lody, którymi się wszyscy w parku objadają śmietankowe z pomaranńzowym sorbetem (2Y).
Wierząc w ludzka pazerność i nieefektywność władzy znajdujemy nocleg za 140Y z łazienką, ale nieco syfiasty, bo bez okien w małych uliczkach poniżej Tian’anmen (hutongi). Pewnie wkrótce ich już nie będzie, bo obok trwały prace remontowe...
Spacerujemy sobie (już bez plecaków) po mieście: Tian’anmen, Wangfujing (deptak, sklepy, jemy tam skorpiony 10Y, ośmiornice 3Y, jogurcik 3Y, mleko kokosowe w kokosie 10Y, pyszne kuleczki w sezamie 5Y). Z buta dalej do Silk Street (Yongan Li) – kilkupiętrowy dom towarowy, z mnóstwem straganików, sprzedawcy mówią po angielsku i generalnie są nastawieni na zagranicznych turystów, wiec ceny tez z początku niebotyczne...
P: kupujemy windstoppery Mammut (takie same – raz 320Y, raz 200Y; myślę, że za 100-150 można kupić ;)).
Li li, 1st floor, A4-0047, Stores.ebay.com.on, socoolwaer@163.com

Shopping – ciężko jest się od razu przyzwyczaić, że zawsze oferując cenę dla białasa na początku (tzn. drożej niż dla Chińczyka)… nie byłoby krócej od razu jakąś rozsądną podać i podarować sobie targowanie się ;)? Trzeba się o wszystko kłócić i koniecznie przez kupnem czegokolwiek ZAWSZE pytać o cenę (szczególnie jedzenia). W Pekinie w centrach handlowych z początku jest niezła zabawa (ciągają za rękę, mówią, ze zabija, jak nie kupisz, ze jesteś przyjacielem, ze szef ich zabije za taka cenę itd...;)! Wrażenie jednak przykre zostaje, ze na każdym kroku chcą Cię na kilka kuaiow (yuanow) naciągnąć... Jak już - nie daj Boże - dałeś siano, a cos się zmienia i cena Ci się nie podoba, zadaj usilnie zwrotu! A jeśli chodzi o negocjacje, to w ogóle przed odejściem nie należy okazywać zainteresowania. Jak już sobie idziesz, wołają prawdziwa cenę, albo za chwile ktoś biegnie po Ciebie ;)!
Największa chamówa, z jaka się spotkaliśmy, to jak gość nas chciał za sześć bananów (prawdziwa cena ok. 5Y) wykasować 25Y! Skandal! Kilka metrów dalej kobieta nie chciała natomiast od nas pieniędzy za siateczkę orzechów (ale i tak dostała ;))!

14-08-07 (wt.)

Pekin, Zakazane Miasto (60Y) – najciekawsze muzeum w Chinach (jakie widzieliśmy oczywiście). Można tam faktycznie dużo czasu spędzić.
P: nas strasznie wymęczyło, chyba bardzo gorąco było...

People / język – jedno z drugim się ściśle łączy… nie znając języka wiele się traci z poznania danego kraju… My radziliśmy sobie z rozmówkami, ale trzeba jeszcze zrozumieć odpowiedz… Jakoś nam się udawało! J Mimo to traci się mnóstwo czasu, żeby załatwić podstawowe rzeczy (nocleg, bilety – kolejki)... Najbardziej pomocni są studenci w dużych miastach, którzy pytają czy można pomoc i to robią bezinteresownie. Jeśli mają chwilę czasu zawsze miło uciąć sobie pogawędkę! ;) Ogólnie wiele osób zagaduje „Hello!”, „Nice to meet you” itp., ale poza tym w większości niewiele potrafią powiedzieć... A szkoda...
Niesamowici są tragarze! Na bambusowych nosidłach wnoszą np. w górach całą masę towaru – respekt! Szanowali nas, bo my tez z plecarami ;)!
P: spotykamy się z Kasia i Nannem w restauracji J! Pyszności: kaczka po pekińsku (mięso zawija się w ciasto wraz z warzywkiem i sosikiem), ryba na ostro, kurczak na słodko-kwaśno, tofu i inne... J
Niedaleko znajduje się ulica z pubami dla białasów (kolejna przy Hou Hai). Mi tak średnio się to podobało... Widać, że w Chinach nie ma kultury (bądź jej braku) pubowej. Sami Chińczycy stoją na drugiej stronie ulicy i ślinią się na wyginające się panie za szyba... Zaraz obok ekskluzywnych pubów robotnicy śpią w namiotach przy drodze, bez klimatyzacji... Za małe bro można zapłacić 5Y po negocjacjach.

15-08-07 (śr.)

Wielki Mur – mieliśmy jechać w mało turystyczne miejsce, ale mając już lepszy nocleg dzięki kochanej Kasi i pani Ren, postanawiamy po prostu odchaczyć go w Badaling. Należy jechać do stacji metra Jishuitan, zaś około 1km na wschód pójść do autobusu #919 (koniecznie trzeba pytać o Badaling, bo autobusy o tych samych numerach różnie jeżdżą, 12Y). Bez pomocy sympatycznych studentów pewnie byśmy tam asami nie trafili. Chyba największe tłumy turystów na murze (60Y/30Y stud.). Udajemy się odnogą, gdzie mniej ludzi. Naprawdę stromo (jak w każdych chińskich górach na naszej trasie ;))!
Jedziemy na zakupy sprzętowe Sillicon Valley of Beijing (Zhongguancun) najlepiej trafić na cos w rodzaju hali ze sprzętem nowym i używanym. Nie za wiele się pewnie wynegocjuje, ale od razu dają sensowne ceny (nie jak w domach towarowych dla białasów).
Ponoć najlepiej w Hongkongu tego typu zakupy robić...
Idziemy na koncert alternatywny do Mao Live (z początku 30Y/os. Wchodzimy za 30! Za trzy os.). szukając trafiamy do Hou Hai – nocne życie Pekinu.

16-08-07 (czw.)

Pekin – dzień zakupów. Rozdzielamy się. W Parkson (dom handlowy w centrum) kiepścizna...
O: that’s Beijing – bierzące info o mieście. Np. w Hou Hai w knajpach lub hotelach za darmo.
Do optyka/okulisty (Zhong Ming Cui, 4th floor of Mingjingyuan Optical Market ChaoYang District, Beijing, +86 10 877 306 49) – dwie pary okularów (150Y i 300Y).
Podroby Gibsonów i inne gitary: #86 Xin Hua South Street Xuan Wu District. www.dbmusic.cn, musiccastle@163.cn, +86 131 675 978 11.
Spotykamy się w Pearl Market (uwaga: zamykają o 19:00)...
Jemy kolacje i w domu oglądamy łupy ;)!

17-08-07 (pt.)

Pekin. Metro do Xizhimen, zaś bus #106 do Pałacu Letniego (60Y całość, 30Y/15Y stud. - ogród). Bardzo przyjemnie, śliczne jezioro, górzysty teren.
Zaś znów Sillicon Valley of Beijing (Zhongguancun).
Pearl Market ponownie – zakupowe szaleństwo J!
O 18:00 spotkanie z Kasia i Natem w SOHO na Hot Pot. Ten jest w pełni profesjonalny: gar podzielony na trzy części, w każdej inny rodzaj zupy (w zależności od stopnia ostrości). Domawia się do tego mięsa, warzywa, ale i tak najlepszy jest sos sezamowy, który smakuje jak masło orzechowe ;)!
Spotykam chłopaków na Silk Street. Wracamy do domu hutongami.

18-08-07 (sob.)

Taxi do Xi Dan – Airport Shuttle (17Y).
Pekin 11.40 – Moskwa 15.55 (8.15h)
P: W Moskwie spotykamy Andrieja – Rosjanina, który mieszka w Szwecji.
Moskwa 21.00 – Wa-wa 21.15 (2.15)
P: Znajomy Maurycego odwozi nas na dworzec. I witaj Polsko: pyskówka przy wejściu do pociągu zaraz... L ale home, sweet home J! 27h na nogach ;)!

Rady ogólne:
nie bierz w ogóle ciepłych rzeczy (max. jedną sztukę, a najlepiej nic nie brać i kupić na miejscu) - w dzień jest gorąco, w nocy tak samo: stoisz na słońcu leje się z Ciebie, masz plecak - leje się z Ciebie strumieniami, chodzisz z plecakiem - zostawiasz mokra plamę za sobą ;)!
Jeśli ktoś lubi naturę i dzicz, to może być trochę zawiedziony... Hotele jak się nieco więcej zapłaci są nie najgorsze, ale w ogóle nie jestem do takich wakacji przyzwyczajony... Chiny są wielkie, my widzieliśmy ta część bardziej turystyczna, z zabytkami, ale na raz nie da się całości zobaczyć...
Chińczycy wcześnie wstają i robi się ciemno ok. 19. Lepiej wcześniej wstać i przekimać się w jakimś środku lokomocji, niż tracić dzień! J
Chińczycy noszą ręczniczek na ręce do wycierania potu, co w wysokich temteraturach jest wielce przydatne J!

Last, but not least: woda – to słowo nabierze pewnie nowego znaczenia, tak to było w moim przypadku J... Zaczęło się od „wody”, która występowała na ciało z gorąca i wilgoci, przez wody (herbaty) cieplej, którą pijąc zaraz miało się również wypoconą, aż do radosnych chwil pluskania się w orzeźwiających rzeczkach! W końcu w większości tez jesteśmy woda J!